CYKL III / 2012 – METROPOLIS XXI

Celem kolejnej edycji seminariów „Kultura i rozwój” było stworzenie płaszczyzny do systematycznej, interdyscyplinarnej refleksji nad rozwojem miejskim w czasach pokryzysowego restartu. Postindustrialne modele obowiązujące do 2008 r., odwołujące się do koncepcji niematerialnej gospodarki opartej na wiedzy wymagają ponownej analizy.

Na ile koncepcje „creative cities” Charlesa Landry’ego i „klasy kreatywnej” Richarda Floridy mogą być źródłem inspiracji dla nowoczesnego kształtowania przestrzeni miejskiej i miejskiej kultury? Czy nie czas zacząć dyskusji o neoindustrializacji i jakie miejsce miałyby w tym procesie zająć przemysły kreatywne? Jak rozumieć kreatywność i innowacyjność jako źródła rozwoju metropolitalnego oraz poprawy jakości życia? Jak wymieniać się doświadczeniami w wymiarze polskim i światowym?

Równolegle do cyklu „Metropolis XXI” realizowany był drugi, warszawski cykl seminaryjny poświęcony przygotowaniom do projektu foresightu „Kultura 2030” pod nazwą „Kultura przyszłości. W stronę foresightu polityki kulturalnej”. Konieczność opracowania scenariuszy rozwoju i przemian w kulturze w perspektywie nadchodzących dekad to jedna z konkluzji podsumowujących II edycję seminariów. Projekt taki wymaga jednak zaangażowania i współpracy jak największej liczby interesariuszy, więc znowu wróciliśmy do miast, gdzie kultura i jej przyszłość staje się ważnym elementem myślenia publicznego.

Poniżej podsumowanie cyklu „Metropolis XXI” koncentrujące się na analizie doświadczenie bydgoskiego Ruchu Obywateli Kultury:

Bydgoszcz w ostatnich miesiącach wyrosła na miasto kulturalnej rewolucji. Nieudany start w staraniach o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury wyzwolił społeczną energię, która zaczęła zmieniać miasto. Kolejne doniesienia o bydgoskich przemianach wywołują jednak zróżnicowany odbiór. Jedni życzliwie zazdroszczą, inni nie kryją sceptycyzmu: to się nie może udać! Tak, to się nie musi udać. Powodzenie chyba najciekawszego w tej chwili w Polsce eksperymentu ze społecznej partycypacji nie jest przesądzone. Co tylko nadaje temu eksperymentowi znaczenia.

Czynnikiem zapalnym, wyzwalającym chęć działania okazały się, jak już wspomniano, starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Bydgoszcz przepadła już w pierwszym etapie selekcji, porażka jednak nie wywołała zbyt wielkiej traumy (dobrym punktem odniesienia może być Szczecin, gdzie po przegranej przyszedł głęboki kryzys, zgromadzony podczas prac nad aplikacją kapitał społeczny się rozpadł, a władze dokończyły proces kadrowymi czystkami). Zdobyte doświadczenie stało się podstawą dalszej realizacji programu „Kultura w budowie”. Punktem przełomowym dla konsolidacji ruchu i energii okazał się bydgoski Kongres Kultury zorganizowany we wrześniu 2011 r.

Kongres był wydarzeniem par excellence, momentem kiedy działa się historia, a nic nie było zdeterminowane – rozwój sytuacji zależał, jak w dziele Karla von Clausewitza „O wojnie”, od gry przypadków i podejmowanych, często pod wpływem emocji chwili decyzji. Atmosfera towarzysząca inauguracji spotkania była dość napięta, nowy prezydent miasta wyraźnie pokazywał, wysyłając komunikaty do lokalnych mediów i kontrolerów do instytucji kultury, że to on sprawuje legalną władzę w mieście i nie do końca uznaje roszczeń strony społecznej. Bo jaką z kolei legitymację mieli organizatorzy Kongresu? Kogo reprezentowali: korporacyjny interes ludzi kultury, czy interes publiczny?

Wzajemna nieufność wyraźnie ciążyła na pierwszym dniu kongresowych wydarzeń. Jako obserwator z zewnątrz, nie znający wszystkich meandrów lokalnego życia publicznego byłem dość przygnębiony. I nagle coś zaczęło iskrzyć. O ile formalny program referatowo-konferencyjny rozwijał się dość niemrawo, to znakomicie wystrzeliły stoliki społeczne. Drugi nurt debaty polegał bowiem na spotkaniach, które organizowali sami obywatele zainteresowani konkretnymi sprawami. Mieszkańcy Fordonu siedli, żeby porozmawiać o kondycji swojej dzielnicy. Przedstawiciele lokalnych mediów zajęli się miejscem kultury w ich gazetach i stacjach. Wystarczyło pięcioro chętnych, by ukonstytuować stolik.

Pomysł okazał się niezwykle skuteczny, udał się jednak tylko dlatego, że trafił w społeczną potrzebę. Mieszkańcy chcieli rozmawiać nie tyle o kulturze, co o swoim mieście. Zebrane postulaty złożyły się na bydgoskie cahiers de doleances, listę często wykluczających się, lecz na pewno autentycznych spraw i roszczeń. Emanująca z nich energia okazała się najlepszą legitymacją dla organizatorów Kongresu, którzy w ten sposób udowodnili, że nie występują jak uzurpatorzy planujący zamach na publiczną kasę i władzę.

Energia ta zwrotnie wzmocniła wymowę „akademickiej” części Kongresu, której z kolei zadanie polegało na dostarczeniu zobiektywizowanej wiedzy o stanie bydgoskiej kultury i szerzej, społecznej kondycji miasta. Wyrażane przy stolikach emocje i roszczenia znajdywały w debacie naukowej potwierdzenie lub refutację, poddane konfrontacji z analizami statystycznymi i opisami procesów społeczno-kulturowych.

Przełomowość Kongresu polegała na tym, że stał się on szczególną platformą komunikacyjną. Za jego sprawą społeczeństwo bydgoskie pokazało się w swej dość żywiołowej różnorodności, żywioł ten jednak od razu został ogarnięty w struktury dyskursu umożliwiającego systematyczny dialog.

Przedstawiciele władz miejskich, zarówno Rady Miasta, jak i sam prezydent szybko dostrzegli i zrozumieli ten komunikat. O ile początek Kongresu raczej sugerował, że wszystko zmierza ku katastrofie, to każda godzina bliżej finału zapowiadała happy end. Rzeczywiście, po nocnych negocjacjach uzgodniono, że Kongres zakończy się przyjęciem deklaracji zobowiązującej do opracowania Bydgoskiego Paktu dla Kultury.

Kolejne wydarzenia to przyjęcie Paktu, powołanie Obywatelskiej Rady ds. Kultury, która w miejsce rozwiązanego Wydziału Kultury współzarządza bydgoską kulturą razem z Biurem Kultury Urzędu Miasta. W lutym b.r. ruszyło Miejskie Centrum Kultury, nowa instytucja nastawiona na innowacje w sferze animacji i aktywności kulturowej (w skład Emceku wchodzi Laboratorium Żywej Kultury).

Dotychczasowy opis pomija zapewne wiele istotnych szczegółów, nie chodzi wszakże o kronikę wydarzeń, lecz próbę zrozumienia procesu, który doprowadził do głębokich zmian w sposobie zarządzania miastem – na razie w jednym obszarze. Być może doświadczenia z tego obszaru można zuniwersalizować i w oparciu o nie zbudować „skrzynkę z narzędziami” do wykorzystania w innych miastach. Być może też wypracowane mechanizmy partycypacji można zastosować w innych obszarach zarządzania miastem.

Podczas licznych dyskusji o bydgoskim procesie pojawiają się za każdym razem dwa pytania. Pierwsze dotyczy reprezentatywności ciał społecznych, takich jak obecna Obywatelska Rada ds. Kultury. Wszak źródłem ich legitymizacji nie jest formalna procedura demokratyczna. Co jest więc tym źródłem? Pytanie drugie dotyczy intencji władzy – czy partycypacja nie jest chytrym sposobem manipulacji?

Nie ma prostej odpowiedzi, bo odpowiedź kryje się w złożonym systemie, jaki udało się w praktyce zbudować podczas Kongresu, a jego rozwój nigdy się nie zakończy. Proces ten jednak opierać się musi na kilku filarach. Po pierwsze, wymaga odniesienia do kategorii interesu publicznego. Przedstawiciele strony społecznej legitymizują swoje roszczenia działaniem ponad interesem partykularnym. Czy jednak działanie w imię interesu publicznego nie jest obowiązkiem i prerogatywą legalnej władzy publicznej?

Owszem, tyle tylko że przy współczesnej złożoności społeczeństwa i wynikających z niej zmieniającej się nieustannie struktury potrzeb, jakie wymagają zaspokojenia przez system usług publicznych żaden aktor życia społecznego nie dysponuje wystarczającą informacją i wiedzą do samodzielnej identyfikacji interesu publicznego.

Władza publiczna ma legitymację, nie ma jednak wystarczającej wiedzy. Kultura jest doskonałym przykładem coraz większego odklejania się realnych potrzeb i wynikających z nich praktyk uczestnictwa od istniejącego ładu instytucjonalnego. Każdy mieszkaniec przestrzeni miejskiej, jako obywatel ma konstytucyjnie umocowaną legitymację do działania, także jednak nie dysponuje pełną wiedzą.

Rozwiązaniem problemu jest wytworzenie struktur tworzenia wiedzy społecznej, poprzez identyfikację zmieniających się potrzeb oraz ich obiektywizację, by można tworzyć politykę zaspokajania tych potrzeb z uwzględnieniem równowagi między zasadnymi roszczeniami partykularnymi, a optimum społecznym i interesem publicznym.

W modelu nowoczesnym wydawało się, że wystarczającym źródłem wiedzy umożliwiającej wykonywanie władzy publicznej będzie nauka. Dziś wiemy doskonale, że zobiektywizowane badania rzeczywistości społecznej są elementem koniecznym, lecz nie wystarczającym, by powstała w oparciu o nie wiedza była podstawą działania społecznego. Bydgoszcz pokazała, że dostęp do zobiektywizowanej wiedzy naukowej jest istotnym elementem budowania dialogu – nauka dostarcza „faktów”, które umożliwiają racjonalizację debaty publicznej.

Debata taka z wiązki monologów, gdzie każdy artykułuje swoje emocje i poglądy ma szansę stać Habermasowskim działaniem komunikacyjnym, racjonalną dyskusją prowadzącą do porozumienia. Warunkiem racjonalności jest odniesienie do faktów. Fakty są więc niezbędne, lecz nie zdadzą się na nic, jeśli nie istnieje wola rozmowy. Stosunkowo łatwo jest ją wykrzesać w sytuacjach szczególnej mobilizacji, trudniej jednak utrzymywać energię społecznego zaangażowania w nieustannym pogotowiu.

Zmęczenie i rutyna są największym zagrożeniem dla procesu społecznej partycypacji i legitymizacji społecznych roszczeń. Niebezpieczeństwo największe polega na tym, że proces mogą przejąć najbardziej zmotywowani aktorzy, czyli przedstawiciele konkretnych grup interesu. W wariancie łagodniejszym ryzyko degeneracji procesu polega na tym, że jeśli zostanie on zdominowany przez najbardziej aktywnych aktorów, to nawet jeśli będą oni pełni dobrej woli, posługiwać się mogą własną, partykularną, a nie zobiektywizowaną wiedzą. W efekcie, nawet przy dobrych intencjach mogą przestać reprezentować interes publiczny i działać jak lobby.

Dodatkowym aspektem zwiększającym złożoność procesu jest kwestia konkretnych już działań projektowanych w modelu partycypacyjnym, w oparciu o wspólną wiedzę i rozpoznane potrzeby. Tu znowu kategorie nowoczesne, polegające na definiowaniu zadań dla instytucji, które w oparciu o te zadania przygotowują konkretne usługi są coraz trudniejsze do utrzymania. Trzeba się pogodzić, że coraz trudniej nie tylko właściwie rozpoznawać potrzeby w zmieniającym się społeczeństwie. I jeszcze trudniej je zaspokajać. Jedynym skutecznym sposobem jest podejście innowacyjne, zakładające konieczność nieustannego eksperymentowania i współtworzenia usług wraz z ich odbiorcami.

Oczywiście, łatwiej napisać, niż wykonać – innowacyjność oznacza z definicji wysokie ryzyko, co z punktu widzenia władzy publicznej nie wygląda zachęcająco. W takiej sytuacji znowu model partycypacyjny wydaje się optymalnym rozwiązaniem. W modelu takim rola władzy publicznej polega na zapewnieniu platform, które umożliwiają tworzenie zróżnicowanych usług samym zainteresowanym. Ryzyko innowacji przesuwa się na aktorów społecznych.

Podsumowując analizę, można wskazać elementy udanego procesu partycypacji z wbudowanym mechanizmem regeneracji. Warunkiem podstawowym jest obniżenie naturalnej na początku każdej sytuacji społecznej bariery braku zaufania. Zaufanie powstanie, gdy wszyscy aktorzy zyskają przekonanie, że dążą do tego samego celu, którego legitymacją jest odniesienie do interesu publicznego. Wymaga to wytworzenia samowiedzy społecznej, do czego potrzeba zarówno „faktów” (które produkuje nauka), jak i dyskursów – dzielonych przez aktorów struktur intelektualnych definiujących sytuację społeczną. Wytworzenie tak zdefiniowanej samowiedzy społecznej wymaga utrzymywania struktur dialogu, które mają charakter refleksywny, stabilizują proces i jednocześnie nastawione są na ciągłe innowacje.

Nie istnieje jeden przepis na realizację tak naszkicowanego procesu. Wymaga on rozwiązań instytucjonalnych, jak Obywatelska Rada ds. Kultury czy nowa formuła Emceku w Bydgoszczy. Wymaga także uczestnictwa aktorów nieinstytucjonalnych, zaangażowanych „akuszerów dyskursów”, osób pomagających tłumaczyć doświadczenia indywidualne na język interesu wspólnego. Najważniejsze jednak, że wymaga pewnej masy krytycznej społecznego zaangażowania, bez którego cały proces traci legitymację.

Jak widać, zbudowanie struktury partycypacyjnego współdecydowania nie jest łatwe. Wymaga dużo czasu i obarczone jest, jak budowa każdego systemu złożonego na olbrzymią niepewność. Wiadomo jednak także, że każdy system złożony po osiągnięciu pewnego stopnia złożoności, kiedy działają już wewnętrzne sprzężenia podtrzymujące odtwarzanie kluczowych dla procesu zasobów (jak wiedza, fakty naukowe, instytucje, procedury) zyskuje dużą stabilność i trudno go rozmontować. Nawet, gdy któryś z kluczowych aktorów, np. prezydent miasta będzie próbował to uczynić.

Z tego właśnie względu warto przyglądać się Bydgoszczy z uwagą i dopingować, by odniosła sukces. Wiele wskazuje na to, że każde kolejne działanie zwiększa złożoność budowanego przez bydgoszczan systemu. Jeśli tylko nie zostanie popełniony jakiś zasadniczy błąd, powstanie samoodtwarzający się system zdolny do działania niezależnie od kaprysów pojedynczych uczestników.

Nadszedł czas na kolejne przedsięwzięcie wzmacniające proces – społeczny foresight, wspólną debatę o przyszłości. Nic tak nie wzmaga woli społecznego działania, niż wspólnie wytworzona i dzielona wizja dalekosiężnych, lecz realistycznie zdefiniowanych celów. Istotą foresightu jest nie tylko określenie tych celów, lecz sam proces społeczny polegający na rozmowie i tworzeniu samowiedzy o potrzebach, ich ewolucji, definicjach dobrego życia, jego jakości w odniesieniu do przestrzeni publicznej i sfery prywatnej.

Reklamy