MAPA NIE JEST TERYTORIUM

Mapa nie jest terytorium. Kultura światów nieprzedstawionych

Film „Jak to jest” wybitnej dokumentalistki Agnieszki Arnold widziało niewiele osób. Obraz powstał na zamówienie Telewizji Polskiej i miał pokazywać stan współczesnej polskiej kultury. Telewizja nigdy jednak go nie wyemitowała, a kameralna prapremiera odbyła się w marcu 2011 r. podczas seminarium „Spisek kultury” w warszawskim Muzeum Sztuki Nowoczesnej. W ten sposób „Jak to jest” odegrał swoją rolę – przez swą nieobecność ujawnił najciekawsze wyzwanie współczesnej kultury. To problem, jaki ma ona sama z sobą, gdy wyklucza ze swego pola zjawiska jakich nie rozumie lub których się obawia, a które kryją kreatywny, kulturotwórczy potencjał.

Problem ten wyraźnie ujawnił się podczas Kongresu Kultury Polskiej zwołanego do Krakowa jesienią 2009 r. Złośliwi twierdzą, że miał być wydarzeniem o charakterze promocyjnym, zorganizowanym po to by chwalić osiągnięcia rządu. Na pewno miał zdiagnozować, co się z polską kulturą stało od poprzedniego, wcześniejszego o dekadę kongresu. Badaniu temu miały posłużyć raporty o różnych aspektach życia kulturalnego: o czytelnictwie, o muzeach, o stanie dziedzictwa. Podczas prac nad analizami okazało się, jak mało wiadomo – autorzy, najczęściej prominentne postaci świata nauki i kultury odkrywali, że brakuje podstawowych danych i informacji.

Nawet gdy dane te już jakoś udało się zgromadzić, okazywało się często, że niewiele z nich wynika. Bo jak pogodzić radosną informację, że po 2005 r., kiedy powołano Polski Instytut Sztuki Filmowej, wzrosła ilość sprzedanych biletów do kin, również na polskie produkcje, z wynikami badań socjologicznych mówiących, że w tym samym czasie zmalała liczba osób chodzących do kina? Najwyraźniej mniej osób chodzi częściej. Dlaczego jednak tak się dzieje? Czy to wynik zmiany technologicznej – coraz więcej osób ogląda filmy w Internecie i za pomocą serwisów wideo na życzenie? Czy skutek zapaści infrastruktury kinowej i upadku małych kin? A może rezultat klasowej segregacji społeczeństwa i zjawiska wykluczenia społecznego i kulturowego?

Nie inaczej rzecz ma się z teatrami, muzeami, galeriami sztuki współczesnej, filharmoniami. Napięcie między życiem a oficjalną statystyką, między wizją kultury lansowaną przez zasiedziałe instytucje i ich przedstawicieli a „kulturą żywą” osiągnęło maksymalne napięcie podczas Kongresu. Do eksplozji doprowadziło wystąpienie ekonomisty Leszka Balcerowicza, autora słynnej „terapii szokowej”, czyli programu reform gospodarczych jakie w 1990 r. rozpoczęły budowę polskiego kapitalizmu. Balcerowicz twardo stoi przy neoliberalnej doktrynie, dlatego z obrzydzeniem patrzy na wszelkie próby zaangażowania państwa większą ufność pokładając w rynku. Dlatego też przywitał uczestników Kongresu stwierdzeniem, że reprezentują mentalność sowieckiego działacza, bo domagają się na swoją działalność publicznej kasy. A państwo nie jest od tego, żeby organizować ludziom kulturę i rozrywkę, jeśli będzie popyt, to rynek sam zapewni podaż.

Warto jeszcze przypomnieć, że Kongres odbywał się pod hasłem „Kultura się liczy!” i miał za zadanie pokazać rozwojowy, gospodarczy potencjał sektora. To właśnie dlatego m.in. zaproszono Leszka Balcerowicza i innych ekonomistów. Argumenty, które działały w 1989 r., gdy wszyscy mieli już dość realnego socjalizmu nie wywołały oczekiwanego efektu dwie dekady później, kiedy o socjalizmie już nikt nie pamiętał, a wady realnego neoliberalnego kapitalizmu zaczęły być już bardzo widoczne.

Dlatego uczestnicy hasło Balcerowicza „mniej państwa w kulturze” odwrócili i podjęli akcję pokazującą, że troska o kulturę i stymulowanie uczestnictwa w niej należy do podstawowych, konstytucyjnych obowiązków państwa i władzy publicznej. Zamiast ograniczać publiczne zaangażowanie w sferę kultury, należy je wręcz zwiększyć, czego najlepszym wyrazem będzie zwiększenie nakładów z budżetu. Tak narodził się postulat „1% budżetu na kulturę”.

Pozornie roszczeniowe hasło stało się bodźcem, który wywołał niezwykły proces społecznej samoorganizacji pod postacią otwartego ruchu społecznego „Obywatele kultury”. Inicjatorzy przedsięwzięcia postawili sobie za cel zbudowanie szerokiej społecznej koalicji na rzecz kultury, która domagać się będzie nie tylko zwiększenia nakładów, lecz również zmian systemowych w kulturze: zwiększenia nacisku na edukację kulturalną i kształcenie kompetencji umożliwiających uczestnictwo, uspołecznienie zarządzania instytucjami kultury, a zwłaszcza mediami publicznymi. Lista postulatów zaczęła się rozwijać i stało się jasne, że potrzebne jest jakieś spektakularne wydarzenie, dzięki któremu postulaty te nie pozostaną jedynie litanią pobożnych życzeń. Tak narodziła się idea „Paktu dla kultury”, czyli porozumienia między rządem a stroną społeczną. Swoimi podpisami poparło ją 100 tys. osób, nic jednak nie wskazywało jeszcze w 2010 r., by pomysł miał szanse powodzenia. Bo dlaczego niby w demokratycznym państwie przedstawiciele władzy publicznej dysponujący demokratyczną legitymacją mieliby paktować z amorficznym ruchem społecznym, który podkreśla, że występuje w imieniu interesu publicznego, a nie grupowego?

Mimo licznych wątpliwości natury konstytucyjnej, polityczny klimat, dobra wola kluczowych przedstawicieli rządu i zapał strony społecznej mobilizującej po swojej stronie opinię doprowadziły do wydarzenia bez precedensu: 14 maja 2011 r. w Muzeum Narodowym w Warszawie premier Donald Tusk podpisał „Pakt dla kultury”. Tym samym szef rządu podkreślił, że sprawy kultury są zbyt ważne, by zostawić je tylko w rękach resortu kultury. Sam moment podpisania Paktu wielu uczestnikom tych wydarzeń przypomniał czasy o trzydzieści lat wcześniejsze, kiedy w sierpniu 1980 r. po strajku w Stoczni Gdańskiej zostały podpisane porozumienia między strajkującymi robotnikami a komunistyczną władzą.

Oczywiście należy zachować proporcje, nie chodzi o dosłowne porównywanie wydarzeń w większości aspektach nieporównywalnych. A jednak coś je też łączyło. Wielkość Sierpnia 1980 r. polegała na tym, że protest początkowo o charakterze ekonomicznym w trakcie trwania zaczął ewoluować i zainicjował ruch społeczny gotowy wziąć odpowiedzialność za sprawy publiczne kwestionując monopol autorytarnej władzy na zarządzanie państwem i społeczeństwem. Robotnicy ze Stoczni, potem z innych zakładów z dnia na dzień odkryli, że są obywatelami, że mają prawo mieć prawa – stali się, jak opisywał jeden z pierwszych badaczy „Solidarności” francuski socjolog Alain Touraine, świadomymi aktorami historii. W rezultacie tego wybuchu nastąpił błyskawiczny proces upodmiotowienia i odrodzenia społeczeństwa obywatelskiego. A przecież jeszcze rok przed Sierpniem socjologowie pisali, że w Polsce panuje „próżnia socjologiczna”.

Podobnie zaczęli mówić socjologowie o polskim społeczeństwie na początku XXI wieku – transformacja gospodarcza i polityczna rozpoczęta w 1989 r. porozumieniami Okrągłego Stołu, wyborami do Sejmu i Senatu 4 czerwca, powołaniem Tadeusza Mazowieckiego na stanowisko premiera zakończyła się niewątpliwym sukcesem. Polska jest stabilną demokracją, aktywnym członkiem międzynarodowych sojuszy, jako jedyny spośród należących dziś do Unii Europejskiej nie zaznała w ciągu ostatnich dwóch dekad recesji. To, prawda – transformacyjny sukces nie został jednak osiągnięty za darmo.

Największy koszt – gdzieś w trakcie budowy neoliberalnego społeczeństwa kapitalistycznego zginął duch solidarności. Porwały się więzi, struktury społeczeństwa obywatelskiego, po pierwszych obiecujących sygnałach w początku lat 90. przestały się rozwijać. Trzeci sektor, choć nieporównanie lepiej rozwinięty, niż w okresie PRL (bo wtedy nawet takiego pojęcia nie wolno było używać) jest jednak nieporównanie słabszy od trzeciego sektora w Niemczech czy Wielkiej Brytanii. Zaangażowanie społeczne i polityczne Polaków jest znikome, pogarsza się uczestnictwo w kulturze – czytelnictwo, kompetencja kulturowa o kluczowym znaczeniu dla demokracji systematycznie maleje i osiągnęło katastrofalny poziom.

Socjologowie na powrót zaczęli mówić o „próżni socjologicznej” i „patologicznym indywidualizmie” Polaków. Transformacyjny sukces został sprywatyzowany, sfera publiczna przestała istnieć rozparcelowana między rynek i świat profesjonalnej polityki przy nieobecności obywateli zajętych swoimi prywatnymi sprawami. Wobec takiego dictum ruch „Obywatele kultury” stał się jak powiew świeżego powietrza.

Nie tylko dlatego, że doprowadził do podpisania „Paktu dla kultury”. Dla mnie o wiele ważniejsze było jego znaczenie symptomatyczne – potwierdzał bowiem intuicje, jakie wyrażałem wielokrotnie w swojej publicystyce, a które można wyrazić krótkim stwierdzeniem „prawdziwe życie jest gdzie indziej”, nie mieści się w schematach metodologii stosowanych przez nauki społeczne. W rezultacie tworzone przez nich mapy społeczeństwa nie przedstawiają rzeczywistego terytorium, tam gdzie oni kreślą białe plamy „próżni socjologicznej” rozwijają się być może nowe, ciekawe formy życia. Z czasem wyrosnąć z nich mogą nowe formy podmiotowości, zbiorowej samowiedzy i świadomości, w końcu zdolności do działania.

Przykładem takiego rodzącego się potencjału nowego, jaki często przywoływałem podczas licznych dyskusji o współczesnej polskiej kulturze i społeczeństwie był koncert zespołu U2 zorganizowany w lipcu 2005 r. w na stadionie w Chorzowie. Z inicjatywy jednego z fanów (pamiętajmy, że był to jeszcze czas, kiedy nie działał Facebook, Twitter ani YouTube) na stadionie odbył się happening, który zdumiał i zachwycił lidera U2, Bono. Gdy zespół zaczął wykonywać utwór „New Year’s Day”, napisanej w geście solidarności ze społeczeństwem polskim po wprowadzeniu stanu wojennego przez komunistów w 1981 r., uczestnicy stworzyli gigantyczną, rozciągającą się przez wszystkie trybuny stadionu wypełnionego dziesiątkami tysięcy ludzi flagę biało-czerwoną.

Przecież wcześniej się nie znali, a nagle na sygnał jednego z inicjatorów, żadnego charyzmatycznego przywódcy, fana U2 jak wszyscy inni potrafili się zmobilizować i osiągnąć spektakularny efekt. Oczywiście, można to zbyć wzruszeniem ramion stwierdzając – phi, zwykły flashmob, pusta zabawa. Można jednak też zadawać ciekawsze pytania: czy aby w tym geście nie ujawnia się nowy sposób kodowania patriotyzmu, tożsamości, poczucia bycia razem? Co się stanie, gdy w rezultacie takich kulturowych aktów nastąpi także przebudzenie świadomości społecznej i chęci działania nie tylko podczas imprezy na stadionie, lecz np. na ulicy w jakiejś ważnej sprawie?

Co ważniejsze, flashmob „Flaga” nie wyczerpał kreatywnej energii fanów. Innym jej przejawem stało się nagranie koncertu – polscy organizatorzy zabronili nagrywania wydarzenia, wielu widzom udało się jednak przemycić kamery, potem w Internecie zbierali fragmenty nagrań by skompilować z nich całość. Powstał konkretny produkt, Bono dostał płytę z nagraniem i bardzo się ucieszył. To wszystko, zarówno flashmob „Flaga”, jak i kolektywne nagranie wykonała „próżnia socjologiczna”. Jak na próżnię, niezwykle aktywna, choć pozbawiona organizacyjnej struktury, to jednak zdolna do samoorganizacji. Działająca, choć niewidoczna. Ile jeszcze jest takim obszarów działania, których nie widać?

Warto wrócić do Krakowa i Kongresu Kultury Polskiej z 2009 r. Wystąpienie Leszka Balcerowicza i inicjatywa „1% z budżetu na kulturę” nie były jedynymi spektakularnymi elementami zgromadzenia. Kongres bowiem w istocie szybko rozszerzył formułę, opuścił konferencyjne sale i rozlał się po całym Krakowie. W knajpach, w miejscach kulturowej alternatywy, jak galeria „Goldex-Poldex” gromadzili się zarówno ci, którzy mieli już dość sztampowych wystąpień przedstawicieli establishmentu, jak i ci, którzy po prostu nie zostali zaproszeni na oficjalne obrady.

Próżno byłoby w tej buzującej energii i gorących dyskusjach szukać jakiegoś ładu, scalających projektów. Ilustrowały jednak, że coś się dzieje i że bardzo mało o tym wiemy. Pokazywały, że Kongres stał się w jakimś sensie wydarzeniem przełomowym, jakąś epokę w kulturze zamknął, nie było jednak widać, jaką otworzył. Ujawnił, że na mapie kultury istnieją białe plamy, nie wypełnił ich jednak treścią. Nastał wspaniały czas gorączkowych poszukiwań, wspomagany niezależnie przez liczne procesy o charakterze makro.

Niewątpliwie procesem o kluczowym znaczeniu dla ujawniania i strukturyzowania energii „białych plam” stały się zmagania o tytuł Europejskie Stolic Kultury. O nominację ubiegały się praktycznie wszystkie polskie metropolie, wygrać mogla tylko jedna. Tytuł Europejskiej Stolicy Kultury w 2016 r. przypadł Wrocławiowi. Praca nad konkursowymi aplikacjami zmusiła jednak najważniejsze polskie miasta do poważnego pytania o swoją tożsamość. Pytanie zadziałało jak wrzucony z zaskoczenia granat – zaczęło bowiem organizować energię rozproszonych wcześniej grup podejmujących rożne działania społeczne i kulturalne w miejskiej przestrzeni.

Wspólna dyskusja zmusiła do opowiedzenia sobie własnych miast i poszukania wspólnych narracji po to, żeby w ogóle się porozumieć. Te wspólne opowieści doprowadziły do powstania społecznej samowiedzy i odkrycia, że miasto to jednak polis, coś więcej niż tylko maszyna do życia zarządzania przez technokratyczną władzę i zamieszkała przez sprywatyzowane jednostki i grupki. Ten właśnie proces doprowadził do zaistnienia nowej miejskiej podmiotowości, która znalazła wyraz w takich wydarzeniach, jak Kongres Kultury Bydgoskiej. Jego rezultatem stało się podpisanie miejskiego „Paktu dla kultury” i uspołecznienie zarządzania kulturą. W Poznaniu, Warszawie, Gdańsku, Lublinie pobudzeni obywatele przypomnieli sobie „że mają prawo mieć prawa” i zaczęli domagać się udziału w zarządzaniu przestrzenią miejską. Tam, gdzie nie wystarczyła siła argumentów, sięgnęli po argumenty polityczne, organizując referenda mające na celu odwołanie prezydentów.

W końcu nadszedł rok 2012, pod koniec wyjątkowo mroźnego w tym roku stycznia na ulice polskich miast, zarówno dużych metropolii, jak i mniejszych ośrodków wyszli tłumnie głównie młodzi ludzie. Gromadzili się pod hasłem „Stop ACTA”. Dwadzieścia lat siedzieli spokojnie, nic ich nie ruszało. I nagle taka mobilizacja? Dlaczego właśnie ACTA, czyli międzynarodowa umowa handlowa w sprawie walki z podróbkami produktów i piractwem komputerowym wywołała taki opór?

Warto przypomnieć, że ACTA było negocjowanym przez wiele lat z inicjatywy Stanów Zjednoczonych i Japonii porozumieniem handlowym, które miało włączyć kraje Unii Europejskiej i jeszcze kilka innych rozwiniętych gospodarek do wspólnego frontu walki z piractwem przemysłowym i komputerowym: podróbkami leków i wzorów użytkowych, nielegalnym kopiowaniem dzieł kultury. Wielu analityków zwracało uwagę, że rezultatem prowadzonych w aurze tajności negocjacji może być traktat zagrażający ochronie prywatności, wprowadzający możliwość cenzury i inwigilacji ruchu w Internecie.

Wątpliwości te zostały także przedstawione polskiemu rządowi, który jednak je zbagatelizował i postanowił ACTA podpisać. Zaczęła się burza: najpierw ataki hakerskie na rządowe witryny internetowe, potem wielodniowe manifestacje. Największa w Krakowie zgromadziła 15 tysięcy uczestników. Moje pytanie o potencjał ujawniony podczas flashmobu „Flaga” w Chorzowie w 2005 r. znalazło odpowiedź. Przez cały kraj przetoczył się gigantyczny flashmob, tym razem jednak nastawiony na konkretny cel polityczny.

Poza tym jednak struktura wydarzeń była podobna: do akcji ruszyła „próżnia socjologiczna”, manifestacji nie organizowały żadne partie, związki zawodowe, organizacje. Nie było charyzmatycznych przywódców. Panowała jednak dyscyplina, porządek i zdolność do samoorganizacji nie tylko w sensie logistycznym, lecz również symbolicznym. Jedną z najważniejszych innowacji ruchu Anty-ACTA stało się przyjęcie zasady „no logo”. Uczestnicy manifestacji nie mieli prawa używać swoich afiliacji ideologicznych lub politycznych. Choć na ulicach spotykali się narodowcy i anarchiści, którzy wcześniej potrafili się szarpać podczas manifestacji w czasie Święta Niepodległości 11 listopada, teraz zgodnie wołali „Stop ACTA”.

Actawiści swój cel osiągnęli, rząd mimo że porozumienie podpisał, zmienił zdanie i zaczął działać na forum Unii Europejskiej za odrzuceniem traktatu. Tak się w końcu stało, lecz decyzji Parlamentu Europejskiego nie wiwatował już żaden tłum. ACTAwiści się rozeszli. Czy jeszcze kiedykolwiek się zejdą? Czy znowu rozpłynęli się w „próżni”?

Protesty przeciwko ACTA, mimo że dotyczyły konkretnego porozumienia miały znacznie szerszy wymiar i były moim zdaniem (argumenty rozwinąłem w książce „Bunt Sieci”) najważniejszym wydarzeniem społeczno-kulturowym od czasu upadku komunizmu. Ruch ACTAwistów ujawnił bowiem głębokie pęknięcie strukturalne dzielące polskie społeczeństwo na epigonów nowoczesności i ponowoczesną wielość. Instytucje kultury, edukacji, władzy działają ciągle z logiką analogowych struktur. Tymczasem coraz więcej ludzi uzbrojonych w nowe technologie komunikacyjne odkrywa, że instytucje te nie są im potrzebne. Więcej, że zagrażają ich wolności i autonomii. Gdy więc właśnie ten stary, analogowy świat zaczął majstrować przy Internecie, przestrzeni ponowoczesnej autonomii, wybuchł bunt.

Dziś rewolucyjna energia wygasła, nie wygasła jednak energia społecznej aktywności. Jednym z efektów Kongresu Kultury Polskiej jest rozwijający się program badawczy. W jego wyniku ubywa białych plam na mapie rzeczywistości. Badacze odkrywają oazy życia tam, gdzie jeszcze niedawno wydawało się, rządzi „socjologiczna próżnia”.

Tomasz Rakowski, lekarz i jednocześnie etnolog pracujący w Uniwersytecie Warszawskim od lat prowadzi badania etnograficzne na obszarach zwanych eufemistycznie „zmarginalizowanymi”, tymi które poniosły koszty transformacji: środowiska zdegradowanych górników z Wałbrzycha, gdzie po zamknięciu kopalń rozwija się nielegalny przemysł „biedaszybów”, wsie których mieszkańcy próbują przetrwać imając się różnych zajęć. W popularnym, utrwalanym w mediach głównego nurtu przekazie obszary te są miejscem społecznej katastrofy przekształcającej się w patologię anomii i niezdolności do samodzielnego życia.

Rakowski nie daje się zwieść uogólnieniom. Dociera więc do Broniowa, wsi pod Szydłowcem, regionie gdzie bezrobocie utrzymuje się cały czas na poziomie 30 proc. Wnika w życie wsi, zdobywa zaufanie mieszkańców, ci w odpowiedzi zaczynają się otwierać i zapraszają do swojej przestrzeni. Nagle ujawnia się bogaty świat kultury materialnej i duchowej: ze stodół wyprowadzane są samodzielnie zbudowane traktory, trójkołówki, kosiarki do trawy sklecone z silnika od pralki i kółek od wózka.

Młodzi pokazują samodzielnie tuningowane samochody i rowery, ukryte w szopach siłownie. Przy stole zaczynają rozmowę wiejscy mędrcy – Rakowski nazywa ich „broniowską szkołą myśli społecznej”, ludzie zdolni poddać kondycję swojej wspólnoty refleksji. Kto przemknie przez Broniów w pośpiechu, jak reporter telewizyjny szukający atrakcyjnej „setki”, zatrzyma kamerę na „malowniczym” ujęciu mężczyzn rozpijających butelkę wina owocowego przed wiejskim sklepem. Kto zatrzyma się dłużej, zobaczy że scena sprzed sklepu to margines, prawdziwe życie jest gdzie indziej. Życie, które nie musi zachwycać, bo jest biedne, pełne problemów i bolesnych dramatów wynikających z rozłąki rodzin, których członkowie tułają się po świecie za pracą. Może jednak inspirować, bo wiele praktyk radzenia sobie z wyzwaniami permanentnego dla tych ludzi kryzysu może okazać się wartych przemyślenia przez tych, do których kryzys dopiero zmierza.

Sukcesy walki z biedą w Brazylii i miastach kolumbijskich są skutkiem innego, nowego spojrzenia na obszary zmarginalizowanie. Dostrzeżenie, że w favelach mieszkają ludzie zdolni do tworzenia kultury stało się podstawą programów polegających na upodmiotowieniu wspieranych przez inteligentną redystrybucję. W efekcie okazuje się, że ujawniają się nowe zasoby kreatywnej energii. W końcu zaczynamy to samo dostrzegać u siebie.

Nie chodzi jednak tylko o obszary zmarginalizowane, gdzie w ramach nowego podziału klasowego mieszkają przedstawiciele podklasy (underclass), czyli ci co nie mają normalnej pracy, ani też nie uczestniczą w uznanych, instytucjonalnych formach kultury. Białe plamy rozpościerają się także na obszarach zamieszkałych przez aspirującą klasę średnią. Jednym z najciekawszych zjawisk w Polsce ostatnich lat jest rozkwit grup rekonstrukcji historycznej (GRH). Setki tysięcy osób – na co dzień lekarzy, prokuratorów, oficerów wojska i policji, przedsiębiorców w czasie wolnym zdejmuje garnitury i garsonki, odkłada teczki i eleganckie torebki, by przywdziać kolczugi z epoki średniowiecza, mundury z okresu Wojny Secesyjnej, by chwycić za miecz lub szablę i ruszyć na pola Grunwaldu lub Olszynki Grochowskiej.

To więcej niż zabawa, odkrył Tomasz Szlendak, socjolog z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu, autor pierwszych poważnych badań zjawiska GRH. Udział w rekonstrukcjach wymaga olbrzymiej wiedzy i zasobów. Można się było o tym przekonać 15 lipca 2010 r. podczas rekonstrukcji bitwy pod Grunwaldem. Zjechało na nią kilka tysięcy rycerzy – sami musieli zająć się logistyką, w istocie zbudowali alternatywne społeczeństwo. Być może w klasycznych badaniach socjologicznych jawią się jak „socjologiczna próżnia”, w rzeczywistości tworzą sprawną, złożoną strukturę społeczną.

Do jeszcze innego obszaru nieopisanej rzeczywistości zajrzeli antropologowie kierowani przez Mirosława Filiciaka, kulturoznawcy ze Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie. Postanowili oni zbadać, jak funkcjonują w świecie cyfrowych mediów ludzie młodzi. Stereotypy upowszechniane przez dorosłych mówią, że młodzież za sprawą Internetu traci kompetencje społeczne, i najogólniej rzecz biorąc, głupieje. Problem z samymi młodymi jest taki, że rzeczywiście blado wypadają w tradycyjnych badaniach socjologicznych, bo po prostu nie umieją odpowiadać na głupie często pytania badaczy. Poza tym jak mają odpowiadać o rzeczywistości, której sami badacze nie rozumieją i jeszcze nie opisali, a więc nie dostarczyli odpowiednich pojęć?

Najlepszą metodą w takiej sytuacji okazuje się obserwacja etnograficzna, podobna do tej, jaką Tomasz Rakowski zastosował w Broniowie. Trzeba pójść i zamieszkać wśród „cyfrowych tubylców”, by zrozumieć kim są. W efekcie takiego badania powstało opracowanie „Młodzi i media” odsłaniające bogatą rzeczywistość społeczną i kulturalną tam, gdzie dorośli widzą jedynie „próżnię” i „patologię”.

Za tymi pionierskimi badaniami podążają kolejne projekty odsłaniające rzeczywistość. Często nie nadążają one za tą właśnie rzeczywistością, która potrafi eksplodować jak podczas protestów przeciwko ACTA. Widać wyraźnie, że przyspiesza proces kształtowania nowej podmiotowości miejskiej. Młodzi mieszkańcy polskich miast i metropolii odkrywają i konstruują swoją tożsamość lokując ją w przestrzeni, jaką socjolog Manuel Castells określa mianem hybrydowej. To z jednej strony kosmopolityczna przestrzeń wirtualna, kreowana przez media cyfrowe, umożliwiająca bycie obywatelem świata i globalnej kultury. Z drugiej strony to fizyczna przestrzeń lokalna, przestrzeń miasta w którym się mieszka i żyje, a życie to w coraz większym stopniu, zarówno w wymiarze ekonomicznym, jak i prywatnym polega na byciu w kulturze.

W opisanych zjawiskach kryje się olbrzymi potencjał. Zaczynamy go dostrzegać, lecz to jeszcze zbyt mało. Świat epigońskich nowoczesnych instytucji broni status quo, boi się nowej podmiotowości i wynikających z niej nowych praktyk kulturowych, nowych form uczestnictwa i nowych sposobów legitymizowania hierarchii i autorytetów. Nowych sposobów jednak nie znamy, nie brakuje rewolucjonistów głoszących utopijne wizje, że nadszedł nowy wspaniały świat kultury bez pośredników, otwartej i w pełni demokratycznej, w której wszyscy są twórcami i wszyscy mają prawo w nieskrępowany sposób korzystać z kulturalnych zasobów.

Spór w kulturze i o kulturę nie dotyczy jedynie retoryki oraz mniej lub bardziej utopijnych wizji świata. Jest on symptomem głębszych napięć, za którymi kryją się potężne interesy gospodarcze i polityczne.

Tekst był publikowany w specjalnym, polskim numerze kijowskiej „Krytyki”. W Polsce publikowany po raz pierwszy.

Reklamy