analiza wyników

Analiza wyników konwersatorium ełckiego

Edwin Bendyk

Podczas naszych rozmów najważniejsze była dla mnie kwestia oddzielenia unikatowości od strukturalnych warunków możliwości. Czy polityka włączenia oraz integracji społecznej i międzykulturowej jest w ogóle możliwa? Może to utopia?

Tomasz Rakowski

Ta utopia jest zagrożeniem o genealogii klasowej. Gdy rusza się w miejsce wyobrażane przez elity jako „ugór”, robi się to często z założeniem, że jest to miejsce do skonstruowania. Instytucja, która domaga się współtworzenia – bo to interesowało mnie w kołach gospodyń czy takich instytucjach endogennych, że miały one bardzo niejasno zarysowane to, czym ich członkinie mają się zajmować. I w różny sposób te koła podchwytują swoje funkcje.

Tutaj jest taki moment, w którym wspólnie trzeba wymyślić funkcję tego, co robimy – po co jesteśmy.

Przemysław Sadura

„Ugór” pokazuje też klasowe wzory percepcji funkcjonowania instytucji. Inteligent czy postinteligent, jadący na prowincję jako „spadochroniarz” organizacji pozarządowej albo osadnik, widzi ugór tam, gdzie nikt nie działa tak, jak on postrzega działanie.

Kobiety z klasy średniej, gdy zobaczą koło gospodyń wiejskich, dostrzegą jedynie, że tam się nic nie dzieje. Gospodynie od czasu do czasu coś upieką, spotkają się – dla nich to nie jest coś, w co można się włączyć, tylko właśnie ugór. Chyba że jest tam ktoś działający według kodu inteligenckiego – jest aktywny, współpracuje z władzą, proponuje kreatywne działania, jest w stanie to opowiedzieć.

Tomasz Rakowski

To taki modernizacyjny model, według którego istnieje do zbudowania coś wedle wzoru, który powinien wyrosnąć w takim miejscu.

Ciekawym problemem są wzory organizacji miejskiej, które mają w sobie element przekory, oporu, rozgrywki. Są one bardzo niestrawne dla projektów, które zakładają podporządkowania w zakresie idei działania. Styk pomiędzy lokalnymi tradycjami działania a organizacjami trzeciosektorowymi jest bardzo istotny. Z założenia mają cele bardzo podobne – są to atomy zmiany, mające wyzwolić energię.

Gdy mówimy o lokalnych liderach, to dotyczy nie tylko osadników, ale lokalnych autochtonów. Jednak spojrzawszy z bliska, widać, że z jednej strony mogą być ludzie z Ochotniczej Straży Pożarnej, a z drugiej KGW z Lesznowoli – to są zupełnie różne światy.

Przemysław Sadura

Przypomniał mi się tutaj przypadek jednej wsi Warmii. Organizowaliśmy tam ogniska, na których rozmawialiśmy z ludźmi o tym, jak żyją, jak działa świetlica, czego by oczekiwali. Nie przyszli mieszkańcy z jednej wsi – przyszła tylko świetliczanka z jedną dziewczynką. Gdy pytałem ją, dlaczego ludzie nie przyszli, odpowiadała klasycznie, że niczym się nie interesują, nic nie robią, zero kultury. Ale dociskałem: co robią, kiedy „nic nie robią”? Okazało się, że robią nielegalne wyścigi motocyklowe.

Żeby do tego doszło, musieli się zorganizować i przygotować tory, wypracować reguły określające, kiedy wyścigi się odbywają i na jakich zasadach. Co więcej, to nie było takie działanie wbrew prawu świata instytucji: okazało się, że oni chcieli zalegalizować te tory, poszli w tej sprawie to urzędu – ale tam nikt nie chciał się tego podjąć. Powiedziano im, że w Olsztynie jest tor, to niech tam sobie jeżdżą.

Świetlica wiejska jako przedłużenie instytucji klasy średniej, jaką jest dom kultury nie dostrzega, że taki tor jest miejscem kultury. Widzi zmarnowany potencjał. Dobra organizacja, a para idzie w gwizdek. Dlaczego nie można czegoś pożytecznego zrobić? Gdy jest to wartość sama w sobie, a prorozwojowa jest w tym sensie, że generuje pewne normy, więzi, podmiotowość. Pokazuje ona, że tamtejsza społeczność żyje.

Już wcześniej, jak pierwszy raz wjechałem do tej postpegieerowskiej wsi, zauważyłem, że stoi zamknięta na kłódkę świetlica wiejska, a obok ganiają dzieciaki ośmioletnie z motocyklem. Dlaczego świetlica nie mogłaby się zająć motocyklem i robić tego z dzieciakami?

Tomasz Rakowski

To jest to samo, co straże wiejskie, „okółki”, przekazywanie klucza i dyżurów do świetlicy. To są przykłady struktury współdziałania.

Edwin Bendyk

I tego właśnie nie widać w Diagnozie Społecznej. Gdyby faktycznie było tak, jak z niej wynika, nie byłoby już społeczeństwa. Gdy przedstawiałem wyniki Diagnozy Niemcom, mówili, że to niemożliwe, takie społeczeństwo nie ma prawa istnieć. A nie ma przecież anomii, wskaźniki przestępczości są niższe niż w Niemczech.

To znaczy, że społeczeństwo gdzieś się jednak wytwarza. Może nieporozumienia są efektem naszej przednowoczesności – wskaźniki nowoczesne nie są adekwatne do opisu sytuacji w Polsce.

Tomasz Rakowski

Fajne jest też to, że te aktywności pozainstytucjonalne są takim wypełnianiem instytucji publicznych i zaprojektowanych odgórnie kompletnie nieukierunkowaną i spontaniczną logiką. Szkoła w Cukrówce, klub sportowy Hubal, OSP, koła gospodyń, spółki wodne. Wszystkie te struktury są robione na własny sposób. Nie ma opozycji państwowe – nasze. Szkoła nie jest budynkiem do zdemolowania – będzie raczej uznawana za „naszą”, będzie też posiadała przedłużenie w postaci świetlicy lub domu kultury

Przemysław Sadura

To są społeczności lokalne sensu stricte. Instytucje nie są wyalienowane, są oswojone. Czasami są dosłownie stworzone przez nich. A jeśli nie, to są utrzymywane i zadbane przez mieszkańców i pełnią dużo rozmaitych funkcji.

Małe społeczności – wiejskie, nieduże osiedla robotnicze – chyba w ogóle funkcjonują w stanie specyficznej równowagi. To nie oznacza, że nie ma konfliktów. Mogą być, ale są one definiowane w ramach wspólnoty. Równowaga może się utrzymywać na różnym poziomie, czasami bardzo niskim, jak w badanych przeze mnie wsiach popegieerowskich na Warmii, gdzie jest bardzo ubogo, jeśli chodzi o aktywność kulturalną.

Wtedy jest zrozumiałe, że potrzebna jest pomoc z zewnątrz. Próbowaliśmy ustalić potrzeby mieszkańców – po co im świetlica, dom kultury, co im to da? Powiedzieli, że takie ogniska, które zorganizowaliśmy, były super. Ale przecież ogniska sami mogą zrobić. Wystarczy wziąć chrust i kiełbasę, usiąść i pogadać. Potem zrozumiałem, że nie o to chodzi. Panuje tam taka równowaga, która blokuje wszystkich aktorów – nikt nie wyjdzie z pomysłem zrobienia ogniska. Musi przyjść ktoś z zewnątrz, kto im to zaproponuje.

Tomasz Rakowski

To właściwie nie jest aktywizacja. Tylko startujecie z takiego pola, że możecie wprowadzić tę aktywność i oni wtedy wsiadają do wehikułu, który pozwala im się  przenieść pomiędzy bardzo napiętymi rolami czy konfliktami.

Przemysław Sadura

Tak. Nie ma ryzyka, że ktoś wypadnie ze swojej roli, wyjdzie przed szereg. Pracownicy współpracującego z nami domu kultury obawiali się, że spotkania na wsiach spowodują pojawienie się roszczeń, że będą musieli jeździć i robić imprezy, a nie ma pieniędzy. Tymczasem tu w ogóle nie o to chodzi. Trzeba poświęcić nieco uwagi, wejść w społeczność i dać im szansę wejścia na wyższy poziom równowagi, bo są w stanie to zrobić – mogą sobie te ogniska organizować. Ważne, żeby spotkanie z nami im uświadomiło, że coś takiego jest potrzebne, że może nawet to kiedyś robili.

Wspominali, że mieli świetlice typu bistro PGR. Spotykali się tam, gadali, pili herbatę, dyskutowali. Ale zostało to zlikwidowane, są tam mieszkania socjalne dla tych, którzy nie płacą czynszu. Pamiętają, że to było, ale nie są w stanie do tego wrócić, bo nie ma kogoś, kto ma społeczną legitymizację, by to zrobić.

Tomasz Rakowski

To właśnie jest rola osoby z zewnątrz.

Edwin Bendyk

Dokładnie o to mi chodziło. W którym momencie taka osoba powinna wejść do gry? Pewnie jest różnie, bo tutaj akurat mówimy o praktykach ludowych…

Przemysław Sadura

Ale w jakimś sensie można mówić o zasadzie uniwersalnej.

Edwin Bendyk

To jest typowy mechanizm negocjacji – wprowadza się mediatora z zewnątrz. Tylko w tym kontekście pełni on inną funkcję symboliczną.

Tomasz Rakowski

Tylko pytanie, jak taki mediator wchodzi w to środowisko. Ciekawym case’em jest to, co robi Daniel Rycharski we wsi Kurówko. Leży ona niedaleko Płocka, Sierpca. On jest jednym z młodych artystów, który funkcjonuje wśród najbardziej bieżącego pokolenia tworzącego sztukę zaangażowaną, ale zajmuje się też pracami plastycznymi, ma pracownię na UP w Krakowie. Jego prace są znane, były np. częścią wystawy „Co widać” w MSN. Tworzy murale zwierząt-hybryd.

Kiedy zaczyna działać ze swoimi pomysłami, ożywia się zupełnie pozostałość strażnicy, aktywizuje się OSP. Nagle społeczność zaczyna działać tak, że przez dwa tygodnie remontują salę w remizie po to, żeby przez jeden dzień miało miejsce wydarzenie, na które przyjeżdża cały autobus ludzi z MSN. Odbywa się wspólnie gra terenowa albo odsłonięcie pomnika chłopa. Są ogniska, ale też różne gry i wydarzenia.

Niesamowite jest to, że przez te dwa tygodnie oni robią to razem. Młodzi ludzie, którzy wtedy mają też możliwość powymieniać się trudnymi doświadczeniami – czy zostaję w Kurówku, czy wyjeżdżam. To jest moment, kiedy mogą razem pracować, przebywać – i to było dla nich dużo ważniejsze, niż sam event, na który przyjechało mnóstwo kuratorów, artystów.

Proces dojścia został uruchomiony przez MSN, przez Rycharskiego, bo on jest tam lokalsem. Właściwie on nie działa w obrębie wsi, tylko w obrębie najbliższej rodziny. To są projekty z jego dziadkiem, babcią, ojcem, stryjem. I oni są aktorami tych działań artystycznych, i to takich, które znajdują później przełożenie na artystyczne prace wideo, momentami kontrowersyjne, mocno wchodzące w pewne sfery życia, używania przekleństw na przykład. To nie są postacie takie, jak dla mnie mieszkańcy Broniowa – to są jego najbliżsi. Jest to niesamowicie szczere.

To się rozlewa na całą społeczność. On jest takim mediatorem, który powoduje, że ona zaczyna inaczej funkcjonować – to jest takie zapalenie ogniska. Nie wywołuje to może realnej, dokonanej zmiany – powoduje raczej wyskok z kolein, a potem wszystko wraca na swoje miejsce. Ale coś jednak powoli się tam zmienia.

Przemysław Sadura

Zastanawiam się, na ile można to interpretować jako czystą interwencję z zewnątrz. Jest taki wymiar, ale z drugiej strony on jest stamtąd i realizuje projekty ze swoją rodziną. Jest to wejście całym sobą.

Tomasz Rakowski

Tak, ale on ma trochę graniczną pozycję. Jest z innego świata i ma tego świadomość. Wnosi zupełnie inny kontekst. Mieszkańcy mówili o nim, że zawsze miał zwariowane, nowe pomysły. Kurówko to maleńka wioska.

Ciekawa sytuacja ma miejsce, gdy przyjeżdża ten autobus ludzi z MSN i pada pomysł, żeby się rozebrać – i rzeczywiście siedzieli nago w październiku w jakimś polu kapusty. Jest to spotkanie się światów, które się na siebie otwierają, ale są światami innymi. Daniel to wszystko w swoich działaniach trawi.

Przemysław Sadura

Mi wydaje się to czymś innym niż zapalenie ogniska. Z „Agonistyki” Chantal Mouffe pamiętam przykład ciekawej interwencji artystycznej. Skandynawski artysta pojechał do pewnej wioski na północy i zbudował z tektury rodzaj muzeum. Taki dom kultury, w którym działy się różne rzeczy – coś, czego nie mieli. Częścią projektu miało być spalenie tego miejsca po zakończeniu działań. Projekt tak bardzo spodobał się społeczności, że zaczęto odwodzić autora od pomysłu zniszczenia obiektu. Na nic się to zdało. Artysta spalił tymczasowy budynek, bo cała interwencja polegała na wygenerowaniu potrzeby. Dla mnie to jest za mocne, bo to równie dobrze może dobić społeczność.

Mam wrażenie, że czymś takim, o co tam chodziło, jest zapalenie ogniska. Tylko może warto jest wykonać gest przekazania pałeczki dalej – wziąć odpowiedzialność za to, co się robi. Tam nastąpiło ostre cięcie.

Gdyby ta interwencja nie była tak intensywna, to mi by się to podobało. Nie można siedzieć za długo, gdy przychodzi się z zewnątrz.

Tomasz Rakowski

Współgra to z projektami, które mają charakter jednorazowego projektu, który się kończy i nawet, jeśli przekazuje się komuś pałeczkę, to i tak pali się ten budynek, który się stworzyło.

Typowy grantodawca chciałby, żeby w międzyczasie zarejestrowały się ze dwa stowarzyszenia. A trudno jest w ogóle identyfikować efekty.

Zdarza się tak, że jakiś aktywista lokalny kupuje używany rzutnik za 300 zł, pierwszy we wsi, i już mogą oglądać mundial w świetlicy. To jest już jakieś drgnięcie. Też w procesie biograficznym, indywidualnym. Wchodzi się na inne tory. Ale patrząc z zewnątrz można by powiedzieć, że nic się nie dzieje. Oni sami nauczeni są mówić nam: jak wy jesteście w Broniowie, to coś się dzieje, a jak was nie ma, to jest smutno – ale my im nie wierzymy. Bo zaraz mówią, że w zeszłym tygodniu, jak nas nie było, to gdzieś pojechali, coś zrobili. Jakby sami sobie przeczą.

Przemysław Sadura

Zastanawiam się nad tym, co identyfikować jako trwały rezultat interwencji. Czystą sytuację mam wtedy, gdy chodzi o instytucje. Np. robiliśmy budżet obywatelski w domu kultury dzielnicy Śródmieście. Realizowaliśmy projekt finansowany przez Batorego, przez rok z mieszkańcami przygotowywaliśmy się, żeby zrobić budżet. Później był pomysł, żeby zrobić kontynuację i wnioskować o środki z NCK, ale to już robili pracownicy domu kultury, my tylko towarzyszyliśmy, aż w końcu radzą sobie bez nas.

Ale jest to dużo mniejsza skala interwencji niż w całej społeczności.

Tomasz Rakowski

A poza tym jest to grupa profesjonalistów. Chodzi o elementy samoorganizacji czy otwarcia na nowe rzeczy. Jedną rzeczą są takie wspólnoty epistemiczne, a drugą samoorganizujące się grupy, jak wspólnoty lokalne.

Przemysław Sadura

Tak, wtedy jest dużo trudniej. Zawsze są jakieś wskaźniki, że wydarzy się coś, co będzie świadczyło o czymś. Ale to są ściemy na rzecz warunków formalnych projektu. Ale żeby dowiedzieć się, co zostaje naprawdę, to trzeba by zrobić ewaluację.

Pierwszym projektem, jaki robiłem z zespołem, który później przekształciliśmy w Pole Dialogu, były intensywne warsztaty i konsultacje społeczne w czterech lokalizacjach: Gołdap, Biłgoraj, Poznań i Słupsk. Przynajmniej w Słupsku, Gołdapi i Biłgoraju dużo osób się przewinęło, bo nie są to duże społeczności i ci, którzy byli zaangażowani, czyli ngosy i aktywni obywatele przeszli przez nasze warsztaty. Po kilku latach w każdej z tych miejscowości doszło do zmiany władzy, doszło do upartycypacyjnienia procesów. Gołdap miała tego samego burmistrza od momentu wprowadzenia samorządu. Młodzi działacze społeczni mówili, że to jest straszne, że gdy oni się rodzili, burmistrzem był ten sam facet. W ostatnich wyborach doszło do zmiany władzy.

W Słupsku – gdzie też doszło do dość spektakularnej zmiany władzy – powstała niedawno nowa organizacja zajmują się kwestiami partycypacji obywatelskiej, konsultacjami społecznymi. Okazało się, że jedna z jej liderek wspomina warsztaty, które 5 lat temu tam prowadziliśmy, bo było to dla niej ważne wydarzenie pokazujące kierunek działań. W iluś procentach mogliśmy się do tego przyczynić – ale pytanie w ilu? Takich warsztatów było pewnie więcej. Być może my byliśmy dobrzy w zidentyfikowaniu społeczności skłonnych do zmiany, bo takich szukaliśmy. Ale nie jesteśmy w stanie powiedzieć, czy rzeczywiście my mieliśmy wpływ czy nie; czy to działanie miało wpływ, czy inne; w jakim stopniu. Jest to nieuchwytne.

Tomasz Rakowski

Ja nazywam to konsekwencjami nie-mechanicznymi. Np. zrobiłem ostatnio teraz na facebooku event Etnograficzne badania w działaniu i wrzuciłem zdjęcie sklepiku w Cukrówce, ludzi z Cukrówki wraz z grupą etnograficzno-animacyjną. Pojawił się po chwili komentarz Konrada, chłopaka z Broniowa, jednego z właścicieli samoróbek: Dlaczego mnie tam nie było? Bardzo nam się to spodobało. Fajne było to jego poczucie: Jak to? Coś się dzieje, a mnie tam nie ma? Gdyby nasze działania nie zostawiły trwałego śladu, nie byłoby takiej reakcji.

Mam takie poczucie, że – tak jak mówiłeś – dla tych ludzi te wydarzenia były bardzo intensywne. I pojawia się dysonans powodowany niemożnością zdefiniowania twardych efektów.

Jedną samoróbkę chłopaki ozdobiły sprejami pozostałymi z malowania świetlicy. Też na filmie widać, jak malując murale z Alkiem Cirliciem w pewnym momencie kładą rower, zakręcają kołem, puszczają strumień spreju i to koło się zazielenia – nikt z nas nie wpadł na to, że można tego tak użyć. Jest mnóstwo takich ciekawych rzeczy, tylko trudno jest zidentyfikować.

Przemysław Sadura

Edwinie, a ty kiedyś przyglądałeś się efektom foresightów? One też są takimi interwencjami.

Edwin Bendyk

Foresighty pełnią różne funkcje. Większość miała bardzo technokratyczny charakter. Były ciekawe jako doświadczenie kontaktu z ekspertami. Znałem wcześniej takich ludzi, ale dopiero wspólne ćwiczenie pozwala pomyśleć tak jak oni. Był na przykład taki mazowiecki Foresight, skrajnie technokratyczny. Nie było tam zbyt głębokiej refleksji społecznej, a w gronie ekspertów dominowali mężczyźni. Gdy później pytaliśmy o sposoby oceny sytuacji kobiet na rynku pracy, okazało się, że oni w ogóle o tym nie pomyśleli. Wyniki mogą więc być uwarunkowane także genderowo.

Ciekawy był Foresight narodowy, chociaż został zmarnowany. Wyniki były ciekawe, wiele rzeczy zostało wskazanych i wciąż pozostaje do interpretacji. Stwierdziliśmy na przykład, że luka technologiczna będzie się w Polsce powiększać, a nie zmniejszać. Dzisiaj mówimy o dryfie czy pułapce średnich dochodów – tymczasem to wszystko już wtedy, w 2008 roku, było opisane. I nikt tego nie wykorzystał. Mechanizm takiego protestu jak ten związany z ACTA też był wskazany wcześniej.

Tamten panel był bardzo zrównoważony. Ciekawie przebiegał proces wzajemnego uczenia się, choćby kontakt prof. Mirosławy Marody z prof. Adamem Mazurkiewiczem, szefem radomskiego Instytutu Technologii Eksploatacji, jednej z najbardziej zaawansowanych technologicznie jednostek. Robią tam zupełnie odlotowe rzeczy. Gdy rzucałem hasła powszechnie znane na Zachodzie, jak demokratyzacja innowacji, to oni wybuchali śmiechem. Dopiero później, po kilku spotkaniach, zrozumieli, o czym mówię. To było mocne doświadczenie wewnętrzne.

Przemysław Sadura

Ale widziałeś, że oni zaskoczyli, zmienili swoje myślenie? Że później miałeś wrażenie, że możesz przyszpilić jakąś zmianę?

Edwin Bendyk

Jeśli chodzi o rozszerzenie pola świadomości tych ekspertów, na pewno tak. Widać to też po końcowym dokumencie, który zaakceptowali. Powstała wówczas ciekawa wiedza, która istniała w praktyce. Nikt nie wykazał jednak chęci wykorzystania jej i ona się rozpadła.

Realizowaliśmy też mniejszy projekt dla Fundacji Rozwoju Społeczeństwa Informacyjnego, dotyczył rozwoju bibliotek. Warstwa diagnostyczna była świetnie skonstruowana, i oni chcieli dodać kontekst do programu w postaci badania przyszłości. O ile główny korpus wiedzy powstawał podczas panelu ekspertów, o tyle potem ta wiedza testowana była przez ankietę na kongresie bibliotekarzy.

Bogdan Skrzypczak badał zaś aktyw kulturalny z różnych instytucji i okazało się, że bibliotekarze mają najbardziej rozwinięte myślenie strategiczne, myślą w kategoriach przyszłości. Nie ma pewności, skąd to myślenie się wzięło, ale wyraźnie coś się zadziało.

Przemysław Sadura

Wiele projektów, które później zaistniały odwoływały się na wasz raport o przyszłości bibliotek jako punkt wyjścia. Np. praska biblioteka sąsiedzka.

Edwin Bendyk

Rzeczywiście, ten raport stał się ważnym dokumentem. Nakłady były minimalne, ale efekt zmiany modelowy – przesunięcie horyzontu wyzwala wyobraźnię, która staje się zasobem. Ludzie chętniej uczestniczyli w zmianie, bo się jej nie bali, tylko postrzegali ją jako szansę.

Trzeba pamiętać, że miało to sens dzięki temu, że było częścią świetnie zaprojektowanego programu, który bardzo podmiotowo traktował uczestników. Zawierał też elementy zmiany polegające na poprawie infrastruktury, opiece kompetencyjnej. Był to rzeczywiście projekt modernizacyjny – zmieniał zarówno infrastrukturę, jak i kulturę. Tak też powinny być robione projekty europejskie.

Wróciłbym jeszcze do kwestii możliwości spotkania i wymiany międzykulturowej. Czy można tak przedefiniować interes poszczególnych klas, żeby potencjalna wymiana była korzystna dla wszystkich uczestników, a nie miała charakteru – powiedzmy – modernizacyjnego?

Tomasz Rakowski

Wszystkie strony się w takiej współpracy upodmiatawiają, nikt na tym nie traci. Np. w zmodernizowanym ełckim domu kultury jest pusto. A są takie projekty, w których wspólnie wymyśla się np. biblioteki. W Ełku ten budynek przytłacza swoją wielkością i bogactwem. Jak się rozpoczęła inwestycja w infrastrukturę kultury, może ona sprawiać wrażenie czegoś nie dla nas.

Bardzo ważne jest współprojektowanie, współtworzenie przestrzeni, projektów, instytucji nawet w sensie materialnym już jest krokiem spotkania na różnych poziomach. Zachodzi współdziałanie na równych prawach. Mi się zawsze marzył taki projekt, żeby rozpisać konkurs na przebudowę świetlicy w Broniowie i zrobić ją z tamtejszymi majstrami.

Jest to trudny proces, ale musi on spowodować odkształcenia wyobraźni po obu stronach.

Ciekawa jest też zasada: najpierw działam, potem poddaję to refleksji. Bo samo działanie różne rzeczy otwiera. Często lepiej działać w ten sposób, niż tworzyć najpierw model.

Przemysław Sadura

Dla mnie też jest problematyczne, na ile można przekroczyć granice między różnymi klasami rozumianymi jako różne kultury. Np. ty, Tomek, starasz się zawiesić swoje konotacje klasowe. A zastanawiam się, na ile np. praska biblioteka uwzględnia zaproszenie ludzi z klasy ludowej, bo często jest tak, że nie poddaje się tego refleksji i naturalną drogą rzeczy działania kieruje się do klasy średniej, która się tym interesuje. Gdy jesteśmy w społeczności wiejskiej, no to społeczności wiejska jest odbiorcą.

Zastanawiałem się, jak spotkać np. społeczność miejską i wiejską w jednym miejscu i zaproponować jakieś otwarcie się na siebie nawzajem. To jest już trudniejsze. Bo np. nie możemy wprost mówić o klasowości, bo uczestnicy się usztywniają. Inaczej niż np. w Wielkiej Brytanii klasy i różnice klasowe nie są częścią naszego codziennego języka.

Konkluzja jest taka, że o ile da się powiedzieć, jak można doprowadzić do negocjacji międzyklasowej, że animator reprezentuje inną klasę, niż społeczność, w której interweniuje, to trudniej znaleźć przykłady interwencji, która jest pomysłem na mediację między klasami w jednej społeczności.

Tomasz Rakowski

Tutaj chodziło głównie o to, w jaki sposób następuje spotkanie między człowiekiem ze Starych Juch, który tworzy projekty, ze środowiskiem lokalnym. W takiej niestandardowej aktywności pasjonatów jest moment, w którym otwierają się na spotkanie – w sposób spontaniczny, co może być ciekawsze, niż działanie skrupulatnie przygotowane przez etnografa.

Ludzie, którzy zasiedlają te miejsca i wypełniają je energią, mogą tak projektować swoje działania, żeby inspirować innych – by nie było momentów, w których trzeba poddać wszystko refleksji. Dla mnie bardzo ciekawy jest moment, w którym ludzie sami wytwarzają teorie tego, jak jest i sami budują punkty otwartości.

Edwin Bendyk

Doszliśmy do kluczowego momentu. To bardzo optymistyczna wizja, że mają taką potencję. Bo zazwyczaj wygrywa uwewnętrzniona świadomość klasowa.

Tomasz Rakowski

Nie mam wątpliwości, że wygrywa w KGW Lesznowola, ale w przypadku Daniela Rycharskiego – już nie. Z treningu wyobraźni krytycznej pojawiła się otwartość na odmienność. Wydaje mi się, że model typowego polskiego społecznika, który musi mieć wrażenie, że buduje na ugorze, na pustce, nie jest konieczne.

Edwin Bendyk

Zastanawiam się, czy jeśli pracuje się z ekipą, w której nie wszyscy są świadomi tego procesu – tak jak dzisiaj – można zrobić jakiś coaching, żeby przygotować do otwartości, niekoniecznie za pomocą refleksji.

Przemysław Sadura

Klasyczny pomysł Touraine’a na interwencję mógłby tu zadziałać. Konfrontując szeregowych członków ruchu społecznego z otoczeniem, sojusznikami, przeciwnikami, pomagając im dookreślić stawki, chciał ich wznieść na wyższy poziom świadomości. Socjolog podejmował to działanie po to, by przedstawiciele ruchu mogli zanegować swoją definicję sytuacji i zaproponować nową. Tylko to różnie wychodzi. Fajnie jak nie przyjmą definicji socjologa, tylko ją odrzucą i wykreują swoją.

Edwin Bendyk

W Danii leadership polityczny działa tak, że upodmiotawia ludzi; u nas problem jest taki, że następuje ich uprzedmiotowienie – to właśnie wyraźnie widać na Warmii. Tutaj – gdyby było więcej interesariuszy – Foresight mógłby świetnie zadziałać.