konwersatorium II; ełk – 17.11.2015

Relacja z seminarium  projektu Ponowa. Foresight kultury Warmii i Mazur” realizowanego przez Centrum Edukacji i Inicjatyw Kulturalnych w Olsztynie i  „Laboratorium żywej kultury” Fundacji Bęc Zmiana. Ełk, 17 listopada 2015 r.

Edwin Bendyk

Otwarcie – prezentacja raportu podsumowującego dotychczasowe wyniki projektu „Ponowa. Foresight kultury Warmii i Mazur”.

Ryszard Michalski

Z naszych rozmyślań wynikła jeszcze jedna ważna rzecz: prawdziwy zasób, który jest w ludziach i który stanowi o ich potencjale oraz energii, jest w dużej mierze ukryty albo tłamszony przez myślenie sentymentalno-dobrodziejskie, które ma poprawić adresatów projektów. Czyli „my wiemy, jak jest, a ci wykluczeni na wsiach mają zostać poprawieni, trzeba im pomóc przez wyprostowanie ich, by było z nimi inaczej”. Okazało się, że jest to bardzo poważna przeszkoda. Ten sposób myślenia jest powszechny w programach europejskich, zwłaszcza w Europejskim Funduszu Społecznym – jakie są efekty, wszyscy widzimy. To, co ma szansę uruchomić rozwój, to zmiana myślenia o tego rodzaju zasobach. Inną bardzo poważną barierą jest to, że istniejąca sieć instytucji nie jest przystosowana do uruchamiania tego typu zjawisk i energii społecznej. Rozumiem, że jest to domena Tomka Rakowskiego i Przemka Sadury, którzy zajmują się dokładnie tą ziemią, dość tajemniczą dla dobrodzieja i sentymentalnego zbawcy ludzkości.

Tomasz Rakowski

Moje doświadczenie pochodzą z zupełnie innego obszaru – z pogranicza południowego Mazowsza i ziemi świętokrzyskiej. Zajmowałem się tam działaniem animacyjnym i kulturalnym w wioskach, w których mieliśmy do czynienia z wieloma problemami społecznymi oraz strukturalnymi, bardzo wysokim poziomem bezrobocia, dużymi migracjami zarobkowymi młodzieży, ale też starszych osób. Było to miejsce początkowo bardzo trudne do pracy.

W pewnym momencie zacząłem zajmować się koncepcją działania pod kątem rozwoju kulturalnego. Gdy posługujemy się pojęciem rozwoju także w tym szerszym, ekonomicznie-społecznym sensie, możemy wpaść w pułapkę. Bardzo często myśli się o rozwoju jako przejściu od punktu A do punktu B, swego rodzaju teleologii, wedle której istnieje punkt docelowy, który powinniśmy osiągnąć.

Natomiast w perspektywach antropologicznych o rozwoju, który jest z góry założony czy wyobrażany, myśli się krytycznie. Łączy się to z perspektywą tego raportu i tego projektu, gdzie widzimy, że przyszłość nie jest do końca przewidywalna, a jednocześnie wykształca się na naszych oczach – jesteśmy zobowiązani to śledzić. Antropologowie powołują się na indonezyjski idiom rozwoju Perkembangan. Jest to rozwój organiczny – taki, jak rozwija się kwiat – który ma w sobie element związany z siłą układu, który się rozwija, a nie z procesem, który jest mu narzucony z zewnątrz.

Nasze działania dotyczyły wiosek w okolicy Szydłowca. Środowiska te obarczone były różnymi problemami, związanymi z brakiem pieniędzy, nieopłacalnością rolnictwa, bezrobociem, migracją, brakiem lokalnych perspektyw. Ale okazało się, że istnieją miejsca, które byśmy nazwali gorącymi miejscami kultury – niewidocznej na pierwszy rzut oka. Zasobów ukrytych, ale niezwykle ważnych dla osób, z którymi pracowaliśmy. Ważnych w sposób niejawny.

Jednym z wielu przykładów jest sposób funkcjonowania ochotniczej straży pożarnej. Opisała to jedna z moich współbadaczek, Weronika Plińska. Ochotnicze straże pożarne nie tylko pełnią tam funkcję związaną z gaszeniem pożarów czy zdejmowaniem gniazd szerszeni, ale są instytucją kultury. Wielokrotnie widzieliśmy, jak pożar, w którym paliło się kilka suchych gałęzi, był wielką okazją do spotkania. Zjeżdżało się około 30 samochodów, strażacy paradowali w swych pięknych strojach, pokazywali jak znakomicie są przygotowani do gaszenia pożarów. Dbanie o wozy strażackie, wyposażenie i remizy stworzyło miejsce spotkania i działania. Jest to instytucja, która pozwala realizować się mężczyznom, czuć się podmiotami i budować pewien rodzaj sprawczości. Chociaż początkowo wydało się, że niespecjalnie coś się tam dzieje.

Później zajmowaliśmy się podobnymi aktywnościami, jak różnego rodzaju sposoby organizowania przez młodzież lokalnych świetlic, budowania siłowni z przyrządami skonstruowanymi z odpadów przemysłowych. Okazało się, że wiele osób wytwarza tam na własną rękę ciągniki – właściwie większość urządzeń domowych jest wyrabiana według własnych koncepcji. Koncentrowaliśmy się na tych samoróbkach, traktując je jako ośrodki praktyk społecznych.

Pojawiało się wiele miejsc dużej aktywności nieformalnej, cichej, ukrytej, która jest niezwykle istotna, ponieważ pozwala tworzyć wspólnie wymieniane poczucie, że jesteśmy w stanie działać skutecznie, mądrze, na własną rękę, ze sprytem, trochę omijając tę rzeczywistość, w jakiej się znaleźliśmy.

Staraliśmy się robić projekty animacyjne razem z tymi ludźmi, np. z wiejską młodzieżą, żeby jak najbardziej wydobyć te ich różnego rodzaju umiejętności społeczne, techniczne i kulturalne, a jednocześnie towarzyszyć im i uczyć się od nich. Był to bardzo delikatny moment. W miejscach takich, jak te dosyć duże i gęsto zaludnione wsie mamy do czynienia z bardzo dużym elementem kontroli społecznej, obserwacji, co my właściwie robimy, w jaki sposób przynosimy pewną wizję działania w kulturze.

Myślę, że perspektywa Warmii i Mazur jest trochę inna. To są miejsca ze zmniejszoną kontrolą społeczną, gdzie jest dużo ludzi w kiepskim położeniu komunikacyjnym, mieszkają osobno, to są często ludzie starsi. Tutaj też pojawiają się osoby, które tworzą kolonie twórcze, artystyczne czy społeczne, działają na własną rękę, ale w warunkach zupełnie innej kontroli społecznej.

Moim zdaniem taka delikatna umiejętność rozpoznania lokalnych zasobów, docenienia ich, wskazania na pewnego rodzaju sprawczość lokalnych aktorów społecznych na najróżniejszym poziomie jest niezwykle istotna, dlatego że w takich miejscach, jak te na południowym Mazowszu, cały czas jest się obserwowanym. A pracowałem też w różnych częściach Podlasia, gdzie były miejsca, w których przybywający z zewnątrz z własną działalnością mogli właściwie wszystko.

Myślę, że kluczowe jest takie tworzenie projektów, żeby dotykało w bardzo delikatny sposób problemów społecznych, które tam występują, i jednocześnie dawało możliwość odsłonięcia się lokalnych aktywności i zasobów. Właśnie po to, by uczynić podmiotami tych, którzy tutaj mieszkają, żyją, działają i znajdują się w trudnej sytuacji.

Dla mnie byłoby absolutnie fascynujące dowiedzieć się, jak wygląda doświadczenie społeczne młodych ludzi pracujących w tych olbrzymich zamkniętych hotelach centrach spa, w Warmia Park i innych tego typu ogromnych przedsiębiorstwach. Jest to coś tak ważnego, jak migracje młodzieży wiejskiej do krajów Europy Zachodniej – te doświadczenia się teraz kumulują.

Myślę, że to są takie miejsca, w których należałoby te doświadczenia odtworzyć i na nich budować.

Dla mnie to jest kluczowy moment. Rozwój tego regionu polega na osobach, które są lokalnymi liderami, ale kluczową rolę ma kontakt międzykulturowy, dialog, który się tworzy pomiędzy różnymi środowiskami. Może być otwierający i powodować, że to miejsce stanie się miejscem, w którym chcę się być, a nie z którego chce się wyjechać.

Ja to rozumiem tak, że w sytuacji kiedy można więcej, kiedy kontrola społeczna jest słabsza, odpowiedzialność jest większa. Jest to pytanie o to, w jaki sposób ośrodki aktywności kulturalnej projektować na przyszłość, czyli o idee oraz działania w kulturze, które będą tymi otwierającymi, które będą wpływały na to, że podmiotowość i spotkanie między różnymi środowiskami społecznymi będzie pozytywne. Doświadczenia z Ameryki Łacińskiej i programów kulturalnych i społecznych tam realizowanych są bardzo istotne, bo zawierają one właśnie element otwarcia. Ale jest wiele takich przykładów, gdzie otwierająca energia tworzy się poprzez projektowanie działania w kulturze.

Przemysław Sadura

Tomek mówił dużo o gorących miejscach kultury, kultury żywej. Spotkania w poprzednich rundach Forsightu, które prowadziliśmy, pokazały, że są jeszcze inne miejsca, które są bardzo gorące czy ważne z punktu widzenia realizacji pozytywnych scenariuszy rozwoju. Może nawet nie miejsca, a cała sieć. To jest sieć edukacyjna. Edwin Bendyk i Ryszard Michalski mówili o tym z punktu widzenia diagnozy procesów wymywania kapitału ludzkiego i intelektualnego. Trzeba sobie uświadomić, jaka jest realna sytuacja.

Powiedzieć, że województwo warmińsko-mazurskie ma niekorzystną strukturę wykształcenia, to nie powiedzieć nic. Trzeba sobie uświadomić, jak bardzo ta struktura jest niekorzystna. Jeśli spojrzeć na strukturę wykształcenia rozumianą jako odsetek osób z wyższym wykształceniem i odsetek osób z podstawowym wykształceniem, to województwo jest najgorsze w całej Polsce. Jest tu najwięcej osób z wykształceniem podstawowym, najmniej – z wykształceniem wyższym. Sytuacja jest tak dramatyczna, że według statystyk dotyczących wykształcenia na polskiej wsi, ma ona wyższe wykształcenie niż województwo warmińsko-mazurskie jako całość – z Olsztynem, Ełkiem, Elblągiem i wszystkimi innymi miastami. Z punktu widzenia struktury wykształcenia cały region jest super-wsią.

A tak naprawdę jest jeszcze gorzej. Województwo warmińsko-mazurskie jest jedynym województwem, w którym mamy do czynienia z tendencją obniżania się wykształcenia. Jest ona związana z procesami demograficznymi – ludzie ze świadectwami i kapitałem intelektualnym wyjeżdżają. Dlatego trudno sobie wyobrazić pozytywne scenariusze rozwoju, które byłyby realizowane w zupełnym oderwaniu od tego, co się dzieje z systemem oświatowym. Problem jest w tym, że i region, i jego części dostosowały się do procesów wymywania kapitału ludzkiego i intelektualnego.

W województwie podlaskim były prowadzone badania wykorzystania środków unijnych, a procesy zachodzące w warmińsko-mazurskim są bardzo podobne. Ewaluacja dotyczy interwencji publicznej finansowanej ze środków unijnych a skierowanej na rynek pracy. Diagnozujemy z jakimi kompetencjami osób brakuje i staramy się wykształcić te osoby. Tam np. brakuje takich osób jak spawacze – przemysł nie może działać, bo na rynku nie ma spawaczy – no to opłacimy z unijnych środków kursy dla spawaczy. Czy też dla tynkarzy, murarzy – różnych specjalistów, których brakuje na rynku. A żeby podnieść ich kwalifikacje, uczono ich podstaw języka – angielskiego, francuskiego. Kiedy przyszło do sprawdzenia, czy projekt zakończył się sukcesem i dostarczył brakujących specjalistów na rynek, okazało się, że nie da się tego badania przeprowadzić. Co prawda wszyscy biorący udział w projekcie musieli podawać swoje telefony, ale te telefony były nieaktywne, bo wszyscy, którzy skończyli kursy, wyjechali za granicę.

Pokazuje to, że jeżeli wpadamy w tę pułapkę, to później interwencje publiczne w pewnym sensie reprodukują ten stan. Pozytywny scenariusz rozwoju wymaga mobilizacji zasobów i przełamania takiego sposobu myślenia i działania. Trzeba przestać myśleć kategoriami które pojawiają się często w myśleniu edukacji w takich regionach jak warmińsko-mazurskie, że dobrze, że sobie ci ludzie poradzili – zdobyli wykształcenie i poradzili sobie gdzie indziej. Trzeba zadać sobie pytanie o to, jak udźwignąć region – jak zachęcić tych ludzi do pozostania tutaj albo do powrotu, albo jak uzupełniać ich odpływ przez odpowiednią politykę migracyjną na poziomie kraju i na poziomie międzynarodowym. Więc trzeba sobie zadać pytanie, jak wykorzystać szkołę jako filar strategii rozwojowych.

W przygotowanym materiale pojawia się sformułowanie „szkół życia”. „Szkoła życia” to koncept luźno zapożyczony od Korczaka. Jak rozumiem, chodzi tu o taką szkołę, która byłaby żywa w tym sensie, w jakim te centra żywej kultury są gorące. Czyli szkoła, która jest połączona z innymi obszarami życia społecznego. Dlaczego nie możemy oderwać się od wykorzystania szkół jako narzędzia zmiany? Nie ma infrastruktury publicznej, która byłaby równie gęsta, jak szkolnictwo. W każdej miejscowości mamy instytucje szkolne, każdy ma z nimi kontakt – nawet jeśli nie z wyboru, to z obowiązku. Nie ma infrastruktury, która miałaby równie ważny udział w wydatkach gmin. Każdy samorządowiec wie, jak ważne są szkoły z punktu widzenia wszelkich innych sfer życia. Tylko tak, jak wykorzystywano szkoły, czy myślano w ogóle o polityce lokalnej w przypadku przywołanych programów w Ameryce Łacińskiej, o oświacie należy myśleć, jako elemencie łącznym. Oświata, kultura, opieka społeczna jako cały pakiet działań. W zasadzie trzeba sobie wyobrazić, jak wykorzystać szkoły do tego, żeby wesprzeć tych liderów zmian – czy na poziomie decydentów, czy na poziomie liderów społeczności lokalnych – trzeba pomyśleć o tym, jak wykorzystać szkoły, żeby zsieciować te środowiska kulturowych innowatorów. Mam wrażenie, że to spotkanie z państwem dzisiaj, też temu ma służyć, żebyśmy te hasła, które mamy wypracowane po kilku etapach Foresightu, musimy skonfrontować z myśleniem na poziomie lokalnym – co by to mogło znaczyć na poziomie lokalnym? Jakich regulacji potrzebujemy na poziomie krajowym, żeby móc tworzyć i realizować pozytywne scenariusze zmiany? Jak w praktyce miałyby wyglądać takie „szkoły życia” jako element scenariusza rozwojowego na Warmii i Mazurach.

Edwin Bendyk

Zależy nam na ukonkretnianiu, więc dodam jeszcze kilka konkretów i rekomendacji, które pojawiły się w naszym opracowaniu. Jest kilka konkretnych pomysłów na to, co można by było wprowadzić jako rozwiązania organizacyjne czy nawet instytucjonalne, które mogłyby stać się swego rodzaju dźwigniami.

Po pierwsze, wspomniana „szkoła życia”. Mogłaby ona być połączona z lokalnym centrum kompetencji, być miejscem wymiany konkretnych umiejętności nie jako realizacja podstawy programowej, tylko przestrzeń wymiany doświadczeń. Tomek opowiadał o kontakcie z materialnością, który jest niedostępny dla mieszkańców miast, którzy nauczyli się kupować rzeczy i żyć według pewnego standardu. Ale pewne umiejętności stają się modne – na przykład kultura „zrób to sam”, która zaczyna być kulturą warszawskich hipsterów, może dużo czerpać z umiejętności pochowanych po wsiach. Łączenie potrzeb i zasobów z umiejętnością mogłoby być takim mechanizmem. Do tego potrzebna jest też przestrzeń – może to być na przykład szkoła, ale równie dobrze miejsce specjalnie stworzone do tego celu, które można określić jako laboratorium. Miałoby ono łączyć różne funkcje. Zdajemy sobie sprawę, że istnieje infrastruktura w postaci szkół, ale niektórzy złośliwi mówią, że niska frekwencja wyborcza jest spowodowana właśnie ulokowaniem punktów wyborczych w szkołach. Pamięć o szkole jest tak negatywna, że może stanowić ona próg nie do przejścia już po opuszczeniu tego systemu, więc być może potrzebne są inne miejsca. Takie, które łączyłyby sferę działań kulturalnych w przestrzeni estetycznej z działalnością materialną. Na przykład fablaby, medialaby, hakerspace’y – gdzie jest i technika, i kultura.

Ryszard Michalski

Ich istotą jest to, że są niegotowe. Nie polegają na przekazywaniu uszlachetniającej wiedzy, lecz odwrotnie – są otwarte na poszukiwanie, nie realizują żadnego programu.

Edwin Bendyk

W Warszawie działa miejsce, które nazywa się hakerspace’em. Jego sukces polega na tym, że organizatorom nie udało się zorganizować programu, jaki zakładali. Są to hakerzy, czyli ludzie kompetentni w manipulowaniu zaawansowaną technologią, za pomocą której chcieli tworzyć wynalazki zbawiające świat. Tymczasem na jaw wyszło coś zupełnie innego. Spotykają się tam hakerzy z bardzo różnych kręgów: korporacyjnego i akademickiego, a także aktywiści społeczni. Tutaj wymieniają się wiedzą, a swoje projekty realizują po powrocie do swoich środowisk. Na przykład aktywiści, zdobywszy wiedzę pracowników korporacji, stają się bardziej produktywni w działaniach społecznych.

Ryszard Michalski

Wiele lat temu tworzyliśmy podobne miejsce w okolicach dworca w Bartoszycach. Wtedy jeszcze zasobem kulturowym były subkultury młodzieżowe, czyli punkowcy. Udało się doprowadzić do tego, że burmistrz dał im przestrzeń. Oni w niej siedzieli i nie mieli planu. Stało się tak, że na przykład dzieci żyjące na ulicy zaczęły się schodzić w to miejsce, a wspólnym mianownikiem był stosunek do higieny. Nie było bariery społecznej. W efekcie powstała bardzo dynamicznie działająca świetlica środowiskowa oraz parę innych rzeczy. Pokazuje to, jak mogą funkcjonować przedsięwzięcia, których programową cechą jest ten rodzaj otwartości i braku premedytacji.

Edwin Bendyk

Wariantem tego zjawiska jest tak zwany kibuc artystyczny. Przestrzeń, która stwarza warunki do zaistnienia osobom, które źle się czują na przykład w klasycznym domu kultury, gdzie realizuje się program zwykłej szkoły lub świetlicy i gdzie trzeba zapisać się na zajęcia. Są to osoby, które mają potencjał, ale potrzebują katalizatora do jego ujawnienia.

Kolejny projekt wynikał z tego, że pracowaliśmy w kontekście strategii rozwoju regionu i świadomości założeń regionalnego programu operacyjnego – był to projekt tak zwanej punktowej rewitalizacji, czyli wprowadzania w przestrzeń miast i miasteczek punktów, które byłyby atrakcyjne dla osób działających w przemysłach kreatywnych, od rękodzieła artystycznego po przedsięwzięcia wydawnicze. Chodziło o to, by te miejsca były tak rewitalizowane, żeby stwarzały warunki do rozwoju aktywności gospodarczej w modelu przemysłów kreatywnych, a jednocześnie były rozsadnikiem włączającym inne działania.

Na Warmii i Mazurach takie miejsca zaczynają się pojawiać samoistnie – zwłaszcza te związane z rękodziełem artystycznym. Wsparte inteligentną interwencją mogłyby nie tylko zapewniać przetrwanie temu, kto jest ich pomysłodawcą, ale także służyć jako lokomotywy lokalnych inicjatyw.

Ryszard Michalski

Kolejny pomysł to „dziwolęgarnia”. Jest podobny do poprzednich – polega na stworzeniu miejsc, których zadaniem jest wspieranie innowacyjności, a przede wszystkim ludzi innowacyjnych. To, co się dzieje na całych Mazurach i Warmii, a bardzo intensywnie w powiecie ełckim, to jest to, o czym mówił Edwin: pojawiają się ludzie poszukujący otwartych przestrzeni. Każdy kij ma dwa końce: z jednej strony mamy tu do czynienia z niskim poziomem kapitału społecznego – twarde normy kulturowe to deficytowe zjawisko – ale z drugiej strony ludzie czują, że jest wolna przestrzeń do działania. W „dziwolęgarni” chodzi o wymyślenie systemu wspierającego takich ludzi. Są różne proste narzędzia, których można do tego użyć – te związane z sieciowaniem czy oparte na systemie stypendialnym.

Edwin Bendyk

Następna propozycja została wymyślona ze względu na specyfikę przestrzenną i mniejszą gęstość zaludnienia niż chociażby pod wspomnianym Szydłowcem – chodzi o ruchome domy kultury czy mobilne punkty kultury. Idea stara jak świat. Kiedyś funkcjonowała w Polsce w innym kontekście – działały na przykład ruchome biblioteki. Chodzi o miejsca, które pełniłyby rolę nie tylko mechanizmu interwencji, próby docierania z kulturą tam, gdzie tej kultury nie ma – bo pewne możliwości dostępu są dzisiaj zapewniane za pomocą internetu czy telewizji. Ma to być raczej instytucja sformatowana tak, by docierała do przysłowiowej wioski popegieerowskiej, działająca na bazie dwóch mechanizmów. Ma zapraszać mieszkańców okolicy i być gotowa na to spotkanie – a do tego powinna bazować na przekonaniu, że tam są jakieś kompetencje, które są nieujawnione. Z jednej strony ważny jest mechanizm uznania, pokazujący, że ci ludzie są ludźmi, a z drugiej – mechanizm inspiracji, pokazujący, że ich potencjał można uruchomić za pomocą relatywnie prostych narzędzi.

Ten pomysł nie jest abstrakcyjny – został bardzo dobrze przećwiczony w Brazylii, program nazywał się „Punkty kultury” i był realizowany przez ministra kultury Gilberta Gila. Powstało kilka tysięcy takich punktów, zwłaszcza w favelach, czyli brazylijskich slumsach. Wkraczano tam z interwencjami wykorzystującymi bardzo proste narzędzia: komputer z oprogramowaniem linuxa czy stół montażowy do muzyki, bywało że pojawiał się instruktor ze stypendium umożliwiającym mu funkcjonowanie przez jakiś czas. Okazywało się, że dzieciaki włączone w ten proces zaczęły robić cuda. „Punkty kultury” stały się ważnym elementem włączania, a także istotną przestrzenią tworzenia nowej kultury.

Gdybyśmy to usystematyzowali, zobaczymy, że pewne motywy pojawiają się pod różnymi nazwami – potrzebne są po prostu odpowiednie przestrzenie spotkania różnych kultur; z tego spotkania może wyniknąć wymiana umiejętności i wzajemne uznanie. Często identyfikowany problem – obecny właściwie wszędzie, także w dużych miastach – polega na tym, że jesteśmy w trakcie procesu tworzenia, w fazie segregowania się i budowania sztucznych murów. W społeczeństwie homogenicznym etnicznie i rasowo jesteśmy równie mocno posegregowani jak społeczeństwo RPA – na przykład w Warszawie jest tyle samo osiedli zamkniętych co w Johannesburgu, mimo że nie ma esencjalnego powodu do dzielenia się. U nas swój oddziela się od swego.

Chodzi więc o to, by odwrócić tę tendencję. Do tego potrzebne są miejsca różnie skalibrowane, o różnej logice działania – dlatego jest i szkoła, i laboratorium, i dziwolęgarnia.

Ten system, który wynika z potrzeb i przyjęcia prorozwojowej perspektywy, wykracza poza zdolności tradycyjnie pojmowanych instytucji kultury. Są one w stanie wyłącznie odtwarzać rytuały społeczne, silnie połączone z władzą. Niektóre mogą nawet całkiem dobrze działać, ale nie są w stanie zrobić tego, o czym tu mówimy.

Publiczność I/K

Wielu z nas robi to wszystko już od wielu lat. Są tutaj animatorzy społeczni, dyrektorzy bibliotek, prezydent – ludzie, którzy używają wielu z tych narzędzi do realizacji celów, o których była mowa. Jesteśmy w trakcie pracy nad postem dotyczącym kompetencji interpersonalnych i społecznych. Mamy też organizacje pozarządowe, które działają w tym obszarze – centrum integracji społecznej, wolontariat itd. Realizowaliśmy projekt w poprzedniej edycji Foresight, z której wynikły dokładnie takie same wnioski. Najlepsze efekty dały miękkie projekty za 50 tysięcy złotych – ich wyniki były dużo lepsze niż tych z miliardowymi budżetami. Ale jest to temat wałkowany po raz kolejny, powtarzane są te same wnioski – co dalej?

Edwin Bendyk

No właśnie. Akurat dla Ełku wiele spośród rzeczy, o których tu mowa, jest oczywistych. To, co chcielibyśmy zyskać z tej dyskusji, to wiedza, jak te doświadczenia sklonować i upowszechnić w innych miejscach. Które z tych doświadczeń, metod działania i konkretnych inicjatyw nadają się do tego, by stworzyć z nich coś w rodzaju skrzynki z narzędziami, którą można by pokazywać jako rekomendację na przykład dla władz regionalnych, by były przedmiotem polityki regionalnej. Te doświadczenia są najlepszym dowodem na to, że można tozrobić, oraz na słuszność pewnych tez – tylko problem jest taki, że region jako całość się od tego nie zmienił.

Publiczność II/K

Reprezentuję środowisko wiejskie – jestem mieszkanką wsi i jako doradca zawodowy od kilku lat pracuję na wsi przy projektach unijnych dotyczących zapobiegania wykluczeniu społecznemu. Miałam przy nich bezpośredni kontakt z ludźmi zagrożonymi wykluczeniem. Problem leży przede wszystkim w naszej mentalności i uwarunkowaniach historycznych. Województwo warmińsko-mazurskie to tereny odzyskane, dlatego ludzie, którzy przybyli tutaj w roku 1945, w ogóle się nawzajem nie znali. Bariera nieufności pozostała do dzisiaj – każdy sobie rzepkę skrobie. Wszyscy byli przyzwyczajeni do tego, że nie wiadomo, jakie będzie jutro, więc przede wszystkim trzeba zabezpieczyć sytuację swoją i swoich najbliższych. Podobnie w Warszawie – mówicie, że istnieje tam najwięcej osiedli strzeżonych. A czym jest Warszawa? Zbiorowiskiem ludności napływowej z całego kraju. Ludzie się nie znają i czują się zagrożeni, więc blokują się, żeby zapewnić sobie poczucie bezpieczeństwa. U nas to zjawisko występuje w całym województwie.

W kontekście szkolnictwa i podnoszenia kwalifikacji, warto dodać, że jesteśmy położeni peryferyjnie i źle skomunikowani z resztą kraju. Inwestorzy tutaj nie zaglądają. Władze stosują różnego rodzaju zachęty – ulgi podatkowe czy przystosowanie kadr – ale przy wszystkich prezentacjach zaznacza się, że województwo warmińsko-mazurskie leży w części północno-wschodniej i jego zaletą jest tania siła robocza. Jaka to jest zaleta? Za przeproszeniem: tanie mięso jedzą psy. Jakie perspektywy mają młodzi ludzie? Czy skończą studia, czy szkołę zawodową, otrzymują minimum w wysokości 1780 złotych brutto. Młodzi ludzie uciekają i nie należy się temu dziwić.

Do niedawna nasze urzędy chwaliły się tym, że są najtańszymi urzędami w kraju. Co to oznacza? Że jesteśmy najsłabiej opłacani. Z tego wynikają nasze kompleksy. Młodzi ludzie są bardzo dobrze wykształceni, ale w konfrontacji z podobną młodzieżą z Warszawy czy Białegostoku ich szanse są znacznie mniejsze, bo ich status społeczny jest niższy.

Więc nie ma co się zastanawiać, jak wyciągnąć nas z tego marazmu. Trzeba zmienić tutejszą mentalność – nie wmawiać nam, że my jesteśmy biedni, najgorzej sytuowani i musimy się z tym pogodzić, tylko nas wesprzeć.

Edwin Bendyk

To jest proces zarazem i najłatwiejszy, i najtrudniejszy. Lublin w ciągu dekady całkowicie się przedefiniował. Odrzucił perspektywę Polski B, pozbył się kompleksów i dziś zupełnie inaczej funkcjonuje. Nie jest z dnia na dzień bogatszy, ale ludzie inaczej postrzegają swoje miejsce.

My szukamy czynników, które odwróciłyby spiralę samowykluczenia, ponieważ ono zaczyna się od mówienia samemu o sobie. To mechanizm, o którym wspominał Tomek – muszą być te pierwsze osoby, które zaczną to dostrzegać. Przy pierwszym kontakcie osoba wytwarzająca wspominane samoróbki mówi o nich ze wstydem, bo traktuje to jako oznakę tego, że nie stać jej na zakup. A można to przedstawić pozytywnie, bo to jest bardzo cenna umiejętność.

Publiczność III/M

Plusem Ełku i okolic jest niski koszt utrzymania. Jest dużo freelancerów, którym można by dać sprzęt i przestrzeń, by nawiązywać z nimi współpracę i realizować większe projekty.

Publiczność IV/K

Mamy skłonności, by obudowywać się systemem i instytucjami, a to, o czym mówimy, to raczej ruch społeczny. Chodzi o budzenie przedsiębiorczości. Żeby to uruchomić, możemy ludziom zabrać albo dać pewne rzeczy. Zabrać można na przykład pomoc społeczną, którą uważam za złą, by obudzić potencjał. Można tworzyć przestrzeń – byle była ona nieformalna i swobodna, żebyśmy nie poprawiali ludzi, którzy tam przychodzą.

Dobre są stypendia i granting, do którego przerzuciłabym wszystkie pieniądze – i to taki bez formularzy. Potrzebna jest swoboda i różnorodność, bo to one tworzą kapitał. W tej kwestii jest tutaj dużo do zrobienia.

Ryszard Michalski

Bardzo sobie cenię kreatywność i innowacyjność Ełku. Ale trzeba zwrócić uwagę, że odbywa się to do końca jednego projektu i od początku kolejnego – to niebywale niestabilny układ. Rzeczy, o których mówimy, powinny być elementem systemu – stale działającej struktury i prawidłowości. Jestem zmęczony pracą nad pomysłami, wiecznym zaczynaniem od początku. Chodzi o to, by nie robić już partyzantki.

Publiczność V/K

Polityka budowania marki przez Ełk działa, bo faktycznie niektórzy tutaj wracają. Powstają różne projekty, jak kamienica pozarządowa, gdzie jest właśnie przestrzeń na spotkania.

Publiczność VI/K

Chodzi o to, by ludzie dostrzegli, że są instytucje powołane do tego, by ludzie mogli realizować swoją kreatywność – takie jak biblioteki i domy kultury. Często jesteśmy zamknięci na instytucje, bo działa w nich nie człowiek kultury, tylko urzędnik. Dobrze by było, gdyby te instytucje stały się bardziej otwarte i przyjazne. Na Zachodzie to biblioteki są takimi miejscami spotkań, o jakich była mowa. Chodzi o to, by ludzie mogli przyjść do tych instytucji i realizować swoje pomysły.

Edwin Bendyk

Mówiąc o nowych pomysłach, nie wykluczamy już istniejących miejsc – takich jak szkoły czy biblioteki. Jednak doświadczenia choćby Ameryki Łacińskiej pokazują, że instytucje publiczne zmieniają się pod wpływem powstawania rzeczy nowych – w sytuacji, gdy mogą stać się zbędne, muszą się dostosować. Często musi pojawić się presja zmiany – niektórych cech nie da się zmienić za pomocą dekretu.

Dobrym przykładem są parki technologiczne – mało gdzie działają, ponieważ są tworzone według modelu, który nigdy nie miał w Polsce kulturowego zakorzenienia. Dlatego importowanie tego wzorca się nie sprawdza.

Natomiast samo odkrycie, że potrzebne są nowe przestrzenie, też nie jest łatwe w realizacji. W Warszawie, gdzie od wielu lat rośnie świadomość potrzeby wprowadzania nowych miejsc spotkań, często wypracowanie właściwego modelu zajmuje całe lata. Przykładem są centra aktywności lokalnej. Hakerspace’u nie było w stanie stworzyć miasto, bo haker nie weźmie pieniędzy od miasta, ponieważ naraziłby swoją wolność. Wypracowanie formy współdziałania bywa trudne.

Publiczność VI/K

Na Zachodzie działa mnóstwo wolontariuszy. U nas trudno byłoby znaleźć kogoś, kto w ramach wolontariatu będzie w bibliotece uczył dzieci programowania.

Ryszard Michalski

Potrzebujemy nowego ładu dla nowych rzeczy i nowej rzeczywistości. Jedną z podstawowych kwestii jest to, że nowa kultura powstanie nie tam, gdzie my to sobie wyobrażamy – nie jesteśmy w stanie tego premedytować. Możemy zrobić świetny program, ale nie jesteśmy w stanie kontrolować tego, gdzie powstanie życie. Głównym wyzwaniem jest więc wymyślenie takiego programu działania, żeby te zjawiska nie były spychane na margines. Akurat na Warmii są na to większe szanse niż gdzie indziej, bo są tu większe „szpary”.

Publiczność VII/M

Warto, by liderzy uczyli się, by wspólnie wykorzystywać różne zasoby. Często mimo że mamy w swoim otoczeniu zasoby, nie potrafimy z nich skorzystać przez brak umiejętności współpracy. My jako lokalne partnerstwo przez rok uczyliśmy się współpracować i mamy tego efekty.

Drugą rzeczą jest otwarcie na różnorodność – ludzi, otoczenia itd. I nie chodzi tu o tolerancję, tylko właśnie o otwartość. Często przeszkodą jest zasada „wiem lepiej”, stosowana zamiast wejścia we współpracę z nastawieniem na to, że można w jej ramach dowiedzieć się, jak coś należy realizować.

Publiczność VIII/M

Ja mam doświadczenia i z samorządu, i z NGO-sów. Odnoszę wrażenie, że rozmawiamy o sytuacji, na którą nie mamy wpływu. Kwestia budowania tej przestrzeni w dużej mierze powinna zostać rozstrzygnięta w sejmie. Dwa hamulce dla samorządu to ustawy o finansach publicznych i o zamówieniach publicznych. Odkąd działa ta druga, koszty w sferze publicznej wzrosły dwu- albo trzykrotnie. Rozliczać powinno się na podstawie rezultatów. Bez zmiany w tych ustawach nie osiągniemy efektów, na jakich nam zależy.

Mam wrażenie, że jako województwo jesteśmy dość mocni w edukacji pozaformalnej. I to w kluczowych obszarach – liderów zmiany, kompetencji społecznych. Mamy wiodącą w Polsce ekipę od animacji społecznej i edukacji obywatelskiej – mało kto o tym wie. Wszyscy z Polski biją do nas drzwiami i oknami w tej kwestii.

Ostatnia rzecz dotyczy zmiany sposobu zarządzania regionami w Polsce. Stoimy przed pytaniem o to, czy nie nastał czas większej autonomii gospodarczej, zdecentralizowania kierowania inwestycjami i rozwojem gospodarczym. Ministerstwo Gospodarki przez ostatnie 25 lat się nie popisało i na przykład Mazury nie są w dobrej sytuacji.

Dopiero od dwóch lat GUS liczy tak zwany produkt krajowy lokalny w rozbiciu na NUTS3. To jest jedna z podstawowych informacji o tym, gdzie są obszary wzrostu, a gdzie pieniądz ucieka ze współczynnika obrotu złotówki w lokalnej gospodarce. Na Zachodzie ta średnia to 7–8 razy, a w Polsce dochodzi do 3 – i z tego się cieszymy.

Publiczność IX/K

Na poziomie lokalnym – inaczej niż wojewódzkim – jesteśmy w stanie wdrażać narzędzia, które mogą działać. Możemy na przykład negocjować z samorządem pieniądze na innowacje. Jest choćby Ełckie Centrum Obywatelskie, na które dostaliśmy 100 tysięcy złotych. Trzeba kombinować, mnożyć papiery, ale jesteśmy w stanie lokalnie przechytrzyć system.

Fajnie by było, gdybym mogła pójść do samorządu i powiedzieć, że mam eksperyment i potrzebuję na niego 50 tysięcy złotych – może te pieniądze pomnożę, a może je stracę, ale na pewno osiągnę jakieś efekty. Byłoby wspaniale móc robić takie rzeczy otwarcie jako organizacja pozarządowa, bo ja na przykład eksperymentuję cały czas, ale robię to pod stołem, a na wierzchu oszukuję samorząd, że robię to, czego ode mnie oczekuje.

Edwin Bendyk

To jest dokładnie to, co już zidentyfikowaliśmy – cała energia innowacyjności idzie na omijanie obwarowań systemu. Gdyby udało się zmienić biurokrację, ta energia mogłaby pójść w innowacje w przestrzeni życia.

Ryszard Michalski

Trudności instytucjonalne sprawiają, że jest się skazanym na zawodową rolę eksperymentatora.

Edwin Bendyk

Zastanówmy się nad czymś w rodzaju hackerspace, czyli instytucji, która wprowadzałaby w przestrzeń coś nowego i krystalizowała energię, a mogłaby też zwrotnie oddziaływać na inne instytucje, takie jak biblioteki czy szkoły. Jak musiałoby wyglądać konstruowanie takiego hakerspace’u? Kto musiałby być jego inicjatorem? Bo niekoniecznie powinna nim być władza.

Wokół jakich tematów powinno być to zorganizowane? Czy skupić się na kulturze i informatyce, czy może na czymś zupełnie innym, np. zrobić przysłowiowy klub filmowy?

Tomasz Rakowski

Ważnym przykładem są koła gospodyń wiejskich i raport Pracowni Badań i Innowacji Społecznych „Stocznia”. Pokazuje on, że mamy do czynienia z rozkwitem tej formy organizacyjnej. Ale tak naprawdę ona była aktywna zawsze, nawet w latach 90., tylko nie była rejestrowana. Jest ona przykładem bytu, który nie ma do końca wymyślonej funkcji. Wiele środowisk kobiecych wymyśla koło gospodyń na nowo. Często w sposób ironiczny, np. koło w Lesznowoli skupiające się na sportach i akrobacjach wodnych.

Jest pewnego rodzaju rama organizacyjna powstała przed II wojną światową i okazuje się, że może ona być wypełniana różnymi treściami. W czasach PRL-u próbowano starannie określić działanie kół, ale nie do końca się to udawało, a w szczególności otworzyły się one w latach 90. Część z nich jest w ogóle niezarejestrowanych, część funkcjonuje jako stowarzyszenia, część działa przy kółkach rolniczych lub innych instytucjach kultury. Dało to niesamowity napęd, który wynika z tego, że ta funkcja musi być wykreowana na nowo.

Publiczność X/M

To samo należałoby powiedzieć o ochotniczych strażach pożarnych. Kiedyś pełniły one podobną funkcję. Obecnie jednak, głównie z powodu odpływu młodzieży wiejskiej, tetryczeją i skupiają członków OSP, a nie wychodzą do członków społeczności. W dobie informatyzacji nie jest to już atrakcyjna forma. Ale stanowi pole do zagospodarowania energii.

Publiczność XI/M

W kontrapunkcie do tego można powiedzieć o aktywnej alternatywnej młodzieży działającej przy OSP w Starych Juchach – oni właściwie tworzą tam OSP. To są żonglerzy ogniem, sztukmistrzowie itd. – łącznie dwadzieścia parę osób, robią wspaniałe rzeczy. Może udaje nam się dzięki temu, że jesteśmy małą społecznością. Nasza biblioteka to nowy twór będący połączeniem ośrodka kultury z biblioteką. Dzięki dużym pieniądzom budynek został wyremontowany i przystosowany do naszych pomysłów – znalazły się tam pracownia graficzna, kino 3D, dużo gadżetów, ale wszystko jest otwarte. Dzięki temu, że jest to tak mała społeczność, jesteśmy w stanie reagować na to, co ludzie chcą robić. Nie mamy absolutnie żadnej kasy, ale staramy się przyciągać do nas młodzież. Zresztą najważniejsze, że ludzie chcą coś robić.

Wiele pomysłów zostało dodanych podczas sesji kawiarenki społecznej – ludzie przychodzili i mówili, czego by chcieli. Frekwencja była bardzo duża. I część z tych pomysłów faktycznie zostanie zrealizowana.

To działa od lat. Zaczęliśmy od projektu „Decydujmy razem”, później był projekt europejskich funduszy gospodarczych dotyczących strategii rozwoju gminy. Mieliśmy bardzo wielu uczestników – 80 osób w czterotysięcznej gminie.

Przed nami jest jeszcze kwestia kontroli władzy. Dojdziemy do tego małymi kroczkami, drogą ewolucyjną. Radykalne zmiany są za trudne dla świadomości.

Ważne też, żeby zaufać ludziom, pozwolić im działać, bo wiele rzeczy potrafią zrobić lepiej niż my. Czasami trzeba im tylko coś pokazać.

Publiczność XII/M

Zastanawiam się nad instytucjami, które już funkcjonują. Wiemy o tym, że domy kultury są wszędzie, ale funkcjonują różnie. Co można by zrobić, żeby w innych miejscowościach nauczyły się funkcjonować podobnie jak w Starych Juchach?

Tam wiele rzeczy się zadziało. Z jednej strony ludzie zostali dopuszczeni, żeby coś robić, wywoływać ferment w środowisku. Udało się też jakoś to wdrożyć. Bo wcale nie chodzi o kasę. Najważniejsze było połączenie ludzi z pasją, by zaczęli współpracować i tworzyć nową jakość.

Publiczność XIII/K

To prawda, ale jeżeli od jakiegoś czasu odbijamy się z naszymi projektami od domu kultury, to co mamy zrobić?

Publiczność XII/M

Problem w tym, że to jest instytucja, która nie nauczyła się pracować.

Publiczność XIV/M

Co prawda jest ustawa regulująca to, w jaki sposób można rozdawać pieniądze. Ale znam osobę z Mławy, która chciała rozruszać dom kultury i ona zaczęła od możliwości decydowania o części budżetu. Ma to swoje plusy i minusy – może pojawić się tuzin osób, które będą chciały te pieniądze wydać na to lub tamto, ale może też być tak, że ktoś wymyśli sposób, jak dowiedzieć się od ludzi, co chcieli by zrobić.

Ryszard Michalski

Często problem z publicznymi instytucjami polega na tym, że są to autorskie instytucje dyrektora.

Publiczność XV/K

Kłopotliwe są także festiwale smalcu, ryby czy innego żarcia, na które przeznaczana jest masa pieniędzy. Występują one pod szyldem wielkiej kultury, a polegają na przeżeraniu kasy.

Ryszard Michalski

Mówimy ciągle o drobnych osiągnięciach, natomiast zadanie dotyczy regionu. Czujecie region w Ełku?

Publiczność XVI/M

Są samotni liderzy-wyspy, brakuje kooperacji. Samorząd wojewódzki nie skorzystał z możliwości stworzenia MKS-u, czyli formuły lokalnego rozwoju kierowanego przez społeczność. Polega to na przekazaniu 5% środków do decyzji ludzi. Na Podlasiu od razu się na to zdecydowano. Po zmianie władzy nic się nie zmieniło.

O ile istnieje współpraca horyzontalna – między NGO-sami, samorządami, liderami – o tyle nie ma współpracy wertykalnej, międzysektorowej. Dlatego nic nie mówimy o Olsztynie, ani oni o nas nie pamiętają. Nie chcemy mieć ze sobą nawzajem nic wspólnego, nie pojawia się temat konsultacji dotyczących strategii całego województwa. Każdy robi po swojemu.

Ryszarda Michalski

A co wy na to, żeby stworzyć platformę prowincji warmińsko-mazurskiej? Kiepsko brzmi?

Publiczność XVI/M

W Ełku i okolicach jest mnóstwo ludzi, którzy ukończyli wysokiej jakości programy liderskie, nie mówiąc o studiach, natomiast potencjał do kooperacji jest mały, bo każdy walczy o przetrwanie, więc często zamiast współpracy jest rywalizacja. A z perspektywy urzędnika wykorzystujemy niewiele już istniejących narzędzi zmiany.

Ustawa o rewitalizacji nie musi dotyczyć tylko infrastruktury – może też obejmować kulturę. Do tego dobrodziejstwa ustawy o pożytku, czyli inicjatywa lokalna, regranting. Nowelizacja prawa o stowarzyszeniach – stowarzyszenia zwykłe mają więcej możliwości. Zrównoważone zamówienia publiczne – gmina ma do wydania pieniądze i wydaje je na różne rzeczy, niewiele zmieniając w sytuacji ludzi. My próbujemy to przebić, żeby tych pieniędzy użyć do rewitalizacji społecznej, np. przez biznes społeczny.

Rozwój życia społeczności rozgrywa się na czterech obszarach: kontakty, relacje, więzi i węzły. Wspomniane dziwolęgarnie i inne przedsięwzięcia są takimi węzłami komunikacyjnymi i relacyjnymi. Ludzie sprawdzają się w boju, zaczynają sobie nawzajem ufać i dokonuje się zmiana.

Ostatnia bariera do przegadania to stosunek liderów pozarządowych do samorządów. Panuje nieufność – jak to zmienić? Można wejść do środka albo próbować zmieniać je od zewnątrz – trzeba zacząć ewolucyjny dialog, który do czegoś doprowadzi.

Publiczność XVII/M

W Forum Animatorów Społecznych wiele lat dyskutujemy nad możliwościami lokalnego rozwoju. I zawsze zapominamy o tym, że tego ugoru w warmińsko-mazurskiem mamy naprawdę dużo, a zasobów do poprawy panującego stanu rzeczy bardzo niewiele. Zawsze, gdy dyskutujemy o wykorzystaniu pewnych szans alokacji środków, za mało miejsca poświęca się na tak zwaną ekonomizację tych przedsięwzięć.

Smuci mnie także to, że mamy powtórkę z rozrywki – ładuje się masę pieniędzy w nieskuteczne narzędzia wydobywania ludzi z biedy. Jesteśmy w przededniu uruchomienia RPO, a robimy „kopiuj–wklej”. Oczywiście wynika to także z nacisków Komisji Europejskiej. Tajemnicą poliszynela jest to, co przed nami zatajono, gdy Urząd Marszałkowski musiał wycofać się z pewnych rzeczy. Kolejną nieodżałowaną stratą jest RKS. Brakuje myślenia o tym, w co należy inwestować – co działa i dlaczego pieniądze są alokowane w takie, a nie inne działania.

Co się zaś tyczy omawianej przestrzeni, to od lat testujemy w województwie instytucje pod nazwą centrum organizacji pozarządowych, które mają dobre doświadczenia z instytucjonalizacją tej przestrzeni służącej do zmiany na różnych poziomach. Być może najmniej udało się zdziałać w obywatelskim obszarze grup nieformalnych. Niemniej są to doświadczenia, z których warto czerpać, a o których się zapomina. Tworzy się nowe formuły, które fatalnie działają i za dwa lata trzeba będzie to robić od nowa.

Publiczność XVIII/M

Podstawową zasadą jest to, że nie powinno się dotykać czegoś, co dobrze działało. Zdarzały się takie inicjatywy, przy których działo się wiele pozytywnych zmian. Była przestrzeń i czas, i ludzie zaangażowani społecznie ją wykorzystywali. To było freeqowe, ale głównie dlatego, że funkcjonowało poza urzędem. Ludzie, którzy przy tym pracowali, mogli przy okazji rozkręcać mnóstwo ciekawych inicjatyw, które miały wpływ na pobudzenie aktywności i fermentu.

Nagle zasady gry zostają zmienione. Ale jak stworzyć system, który będzie funkcjonował dobrze? Taki, żeby z jednej strony była możliwość podejmowania otwartych działań, z drugiej – stabilność, a z trzeciej, żeby projekty nie cierpiały na korupcji władzy.

Tymczasem największymi zakładami są instytucje związane z samorządem. Więc jak mówić o oderwaniu się od tej sytuacji, skoro mamy problem z niezależnością jednostek? Prawie każdy z nas ma wśród bliskich kogoś, kto tak pracuje i jest uzależniony od tego systemu. Bez zerwania z tym, bez decentralizacji i niezależności, nic nie zdziałamy. Teoretycznie da się to zrobić, ale w praktyce jest to nieziemskie wyzwanie.

Ryszard Michalski

W raporcie Barbary Fatygi „Kultura pod pochmurnym niebem” pojawiła się pewna teza, która spodobała się Przemkowi. Głosiła ona, że w województwie warmińsko-mazurskim rekonstruuje się i coraz wyraźniejszy staje się problem klasowy. Spotykamy to w naszej praktyce wiejsko-kulturalnej, gdy pytamy ludzi na przykład o to, dlaczego część z nich do nas przychodzi – jeden jest bogatszy, to co będzie do hołoty chodził, biedny z kolei się wstydzi. Wywodzimy się z pewnej warstwy społecznej i prawdopodobnie reprezentujemy dość ograniczony punkt widzenia; interesuje nas pewien typ kultury, uczestnictwa w kulturze, pewien typ wartości i pewien rodzaj myślenia. A to, o czym mówił Tomek, to jeden z największych zasobów do uruchomienia. We wsi Jeleniewo, w której pracujemy inspirowani badaniami Tomka, nikt nie kupił sobie traktora w sklepie, każdy zrobił go sobie sam, a najpiękniejszy ma siedzenie z forda mondeo i nazywa się Szerszeń.

Ten rodzaj prowadzenia debaty i dyskursu prowadzi do pominięcia czegoś bardzo istotnego. Powinniśmy zadać sobie pytaniem o to, jak się do tego złota dorwać. Kiedyś wracaliśmy z Edwinem koło Pasymia, a tam na polu stało około trzydziestu samochodów-samoróbek – wspaniałe, jak rajskie ptaki. Edwin używał takiej metafory, że w Ewangelii napisano, że kamieniem węgielnym królestwa będzie kamień odrzucony przez budujących. Czyli wszelka innowacja pojawia się w tym obszarze, który jest przez nas niezauważany, znajduje się poza głównym nurtem rozwoju.

Budowanie systemu kultury polega na tym, by mieć zdolność czerpania z tego typu aktywności.

Najtrudniejszą barierą do pokonania są własne wyobrażenia, bo to z nimi człowiek cały czas pracuje. Ci ludzie są wytrenowani w poczuciu gorszości prowincji, która jest pomijana ze względu na swoją specyficzną sytuację. Czyżewski wymyślił na początku lat 90. hasło „bunt prowincji”. Chodziło o to, żeby prowincja miała takie samo prawa jak centra. Żeby szło tam tyle samo pieniędzy.

System dotyczący prowincji powinien uwzględniać to, że w regionie są ludzie, którzy są bardzo zróżnicowani, i to zróżnicowanie jest wielką wartością.

Publiczność XIX/M

Była tu mowa o ugorze. Szukając z żoną miejsca pod siedlisko, szukaliśmy właśnie ugoru, ale nie jako czegoś gorszego, tylko przestrzeni, gdzie będzie się można zrealizować i gdzie jest inna energia w ludziach.

Pewnego razu potrzebny był nam kabel. Sąsiad postawił wieżę z żelbetu, żeby złapać sygnał, i przy okazji przekazał go mnie. To była wspólna praca na zasadzie podobnej do wspominanych samoróbek. Firma z Ełku chciała dwadzieścia kilka tysięcy za postawienie takiej wieży, nasza kosztowała 400 złotych. To jest jakość, to jest ta energia.

Pochodzę z Wielkopolski, z Krotoszyna. Tam już wszystko jest poukładane, pozamykane, nie ma co zrobić. Nie mieliśmy po co tam wracać, więc pojechaliśmy na wschód.

Publiczność XX/M

Dwa najciekawsze projekty samorządu mojego ulubionego województwa to punkty dostępu do internetu. W województwie jest powyżej dwustu takich punktów z Macintoshami, które urzędy chowały, bo jak mają ludziom Macintosha oddać, skoro jeden kosztuje 7 czy 8 tysięcy…

Publiczność XIX/M

My mamy trzy, najlepsze, najnowsze – i wszyscy mogą z nich korzystać.

Publiczność XX/M

Tamte stały 4 lata, zanim zostały wyciągnięte, teraz faktycznie działają.

Weźmy też drugi projekt. Na przykład w kamienicy jest punkt rodzinny, czyli pomieszczenie z trzema komputerami i rzutnikiem. Organizacje czasami rozpaczliwie szukają rzutnika, a władza robi projekt udostępniający rzutnik, ale nikt o tym nie wie. Zgodnie z zasadą: najlepiej z nich nie korzystać, bo się zniszczą.

Publiczność XXI/K

Kluczową kwestią jest to, żeby ludziom to zaczęło przeszkadzać. Mi na przykład przeszkadza to, że mam listę roślin, które mogę posadzić. Jeśli mienie, którym gospodaruję, jest komunalne, to mogę nawet dostać pieniądze na rośliny – ale tylko na te z listy. Trzeba znieść takie regulacje, pozwolić ludziom działać. Stawiać te wieże. Ja zawsze tak to sobie wyobrażałam: idę do urzędu, mówię, czego chcę, a oni to robią. I nie chodzi o to, by rozszerzać listę o kolejne rośliny, ale by ją po prostu zniszczyć.

Publiczność XXII/M

Warto jeszcze wspomnieć o działaniach, które już się odbywają i zmieniają rzeczywistość. Na przykład regranting w postaci dystrybuowania małych środków przez organizacje pozarządowe, a nie jaśnie oświecone samorządy. Podobnie programy „Działaj lokalnie”, w których jest 6 ośrodków. Chodzi o współpracę tych ośrodków i uczenie się współdziałania.

Po drugie już drugi rok realizowany jest z FIO regionalny komponent w postaci mikrograntów, które otrzymać mogą nie tylko organizacje, ale też grupy nieformalne. Czyli ludzie uczą się robienia projektów społecznych, które będą ich aktywizowały. Więc pewne dobre rzeczy się u nas dzieją. W ministerstwie też zaczęli myśleć w tym kierunku.

Publiczność XXIII/K

To jest chyba to, od czego zaczęliśmy, czyli liderzy. To wszystko da się uruchamiać, jeśli są niezależni liderzy.

Ryszard Michalski

Uczyliśmy się takiego robienia zamieszania społecznego, jakim było słuchanie ludzi i opowieści w gminie Stare Juchy. Trafiliśmy wtedy w Rożyńsku na pewną opowieść. Otóż znany wam Michał Kajka miał syna. A syn tego syna tak nienawidził Polski, że postanowił z niej uciec. To było w latach 50. Przygotowując się do ucieczki, razem z kolegą w Rożyńsku skonstruował samolot. Był on zrobiony z dwóch kajaków (służyły za skrzydła), miał silnik od motopompy. Ale chłopina odczuwał dotkliwy brak jednego kluczowego elementu – radiostacji. Brakowało mu medium komunikacji międzyludzkiej. Mieli z kolegą pomysł, jak ją zorganizować. Podpalili stóg, przyjechała straż pożarna, a oni próbowali zwędzić strażakom radiostację. Na tym wpadli i wylądowali w więzieniu. Wniosek: komunikacja to dobra rzecz, ale nie zawsze.

Edwin Bendyk

Wasze doświadczenia są dla nas ważne, bo nasz projekt to dopiero szkic. Teraz będziemy mogli nanieść pewne korekty. Ale chodzi też o to, żeby Ełk – który już jest takim laboratorium – ciągnąć dalej, stworzyć na przykład takie miejsce jak hakerspace. Żeby to wpisać w sposób aktywnego i wspólnego poszukiwania rozwiązań. Dla nas byłby to z kolei materiał do analizy i próby przeformułowania na mechanizmy, które być może udałoby się zaadaptować gdzie indziej, na przykład w Elblągu. Tam z kolei ciekawe rzeczy robi biblioteka miejska, która jest przykładem zupełnie nowego formatowania instytucji. Dobrze by było, gdyby powstała wspominana tutaj kooperatywa, i to działająca nie tylko lokalnie – żeby istniał naturalny mechanizm pozwalający na wymienianie się wypracowanymi już doświadczeniami.

Przemysław Sadura

Ciekawe było to, że tutaj rozmawiając o sprawach bardzo lokalnych, państwo wychodziliście do replikacji doświadczeń i praktyk, mówiliście o warunkach upowszechniania. Więc odnosiliśmy się do poziomu regionalnego, który kluczowy jest dla nas.

Publiczność XXIV/K

Chciałam jeszcze zrobić małą wrzutkę. Z opracowania wynika, że Olsztyn jest ważnym centrum kultury. A dla nas to jest nieprawda, bo my częściej jedziemy do Warszawy lub Białegostoku – Olsztyn nie jest dla nas interesującym miejscem.